Wieczorem w tymże gabinecie odbyta się znów narada, acz w nieco odmiennym składzie. Attaché morskiego nie było, zamiast niego Wsiewołod Witaljewicz zaprosił Shirotę – zapewne w ramach rekompensaty za wcześniejsze wyczekiwanie w korytarzu.
Japończyk nie wyglądał jednak na urażonego, już bardziej na zamyślonego, jakby bujał gdzieś, hen, myślami. Jak jednak świadczyły rzucane przezeń od czasu do czasu repliki, relacji wicekonsula słuchał nie mniej uważnie niż Doronin.
Od Dona Tsurumakiego radca tytularny wrócił, nie rozstrzygnąwszy wątpliwości.
– Jako że brak nam wszelkich dowodów jego winy, oparłem operację na czystej psychologii. – Bladozielony Erast Pietrowicz mówił powoli, bądź za sprawą złego samopoczucia, bądź chcąc raz jeszcze przeanalizować rozmowę z podejrzanym. – Krótko mówiąc, zamierzałem Tsurumakiego nastraszyć, a przy tym podsunąć mu, jak uniknąć zagrożenia.
– Nastraszyć Dona Tsurumakiego? – zapytał z niedowierzaniem sekretarz i pokręcił głową, jakby Fandorin palnął piramidalne głupstwo.
– Ściślej – dać mu zwąchać zagrożenie. Udając więc wstrząśniętego serią wiadomych tragicznych wypadków (po prawdzie, zbytnio udawać nie musiałem), gram z nim niby to w otwarte karty. – Wicekonsul uśmiechnął się gorzko. – Jesteśmy wszak p-przyjaciółmi… Zdradzam, że cały czas prowadzę własne śledztwo w sprawie Ōkubo. Że głównego podejrzanego widzę w Bullcoksie jako przedstawicielu mocarstwa, które najlepiej wyszło na usunięciu ministra. Wspominam też, a jakże, swoich pomocników i cennego świadka, dobrze znanego Donowi księcia Onokoji. Jak widzicie, panowie, wszystko to całkiem bliskie prawdy. Lecz dalej pozwalam sobie na pewną licencję. Relacjonując ostatnie chwile umierającego świadka, nieco zmieniam jego ostatnią wypowiedź. Że mianowicie Onokoji ostatnim tchem szepnął: „To nie Bullcox, oszukałem pana, to mój…” – nie dokończył i skonał. Po czym zaczynam się dość obszernie r-rozwodzić, kogo mógł mieć na myśli nieszczęsny książę. Pytam o zdanie Dona – znał przecież dobrze nieboszczyka i bliskie mu sfery. „Mój” – kto? Brat? Kuzyn? Wuj? Tsurumaki twierdzi zafrasowany: „Brata książątko nie miało, a kuzynów i powinowatych mnóstwo, w tym wielu na bardzo wysokich stanowiskach. O którym mógł myśleć?”. Wymienia jednego, drugiego, trzeciego. Tu robię następną woltę. Medytuję: A jeśli szło mu nie o krewnego? „Mój były wasal”? „Mój przyjaciel”? Tu Don staje się jakby czujny, lecz mogło to być złudzenie… Udaję, że porzucam ten temat. Mówię: „Ale nie tylko z tym przychodzę do pana”. Opowiadam o wyzwaniu na pojedynek i że trzeba mi sekundanta. „Mam wielką prośbę, z którą zwrócić się mogę wyłącznie do p-przyjaciela”.
Erast Pietrowicz nadmienił, że na te słowa Tsurumaki uśmiechnął się jakby z wyższością, jemu zaś zaraz błysnęło w pamięci zdanie, jakie milioner rzucił kiedyś w związku z Bullcoksem: „Nawet pan nie wie, mój drogi Fandorin-san, że jedna z najwyższych radości – to poczucie tajemnej przewagi nad kimś, kto uważa się za lepszego od pana”.
– Nadszedł czas, by przejawić emocje – po tak opanowanej osobie, jak panów pokorny sługa, nikt jakoś się tego nie spodziewa. Tym większy efekt. „Nie mam się do kogo zwrócić – wyznaję boleśnie. – Konsul odpada, bo przełożeni zabronili mi bić się. A wszyscy przyjaciele – doktor Twiggs, sierżant Lockston, inspektor Asagawa – zginęli skrytobójczą śmiercią. A jakże, skrytobójczą, dam głowę! To robota przeklętych ninja! Ale to tylko sprawcy, a wysłał ich ten, o kim nie zdążył powiedzieć Onokoji. Klnę się, że za wszelką cenę znajdę tego człowieka! Przetrząsnę cały krąg kontaktów Onokojiego! To ktoś bardzo mu bliski, inaczej nie zwałby go «moim»!” Z pięć minut jeszcze żołądkuję się na ten temat, by Tsurumaki zakonotował sobie wszystko jak trzeba. „Mój dobroczyńca” czy „mój opiekun” – to przecież takie proste. Jeśli nie wpadłem na to dziś, niechybnie wpadnę jutro. Dona, o ile jest winien, nie mogło to nie zatrwożyć.
Wracając myślą wstecz, Erast Pietrowicz spróbował określić wyraz, z jakim milioner słuchał jego krzyków. Brodata twarz Tsurumakiego była skupiona i poważna, gęste brwi zmarszczone. Cóż to było? Czujność czy zwykłe przyjazne współczucie? Diabli go wiedzą…
– Potem biorę się w karby i przemawiam spokojnie: „Rozumiesz, mój drogi, że gdybym dostał to wyzwanie jeszcze wczoraj wieczór, bez wahań zabiłbym Bullcoksa, nie dla kobiety, ale za wszystkie te domniemane draństwa. Ale teraz widać, że się myliłem, bo żadnych szczególnych draństw nie popełnił. Bullcox to tylko strona obrażona i racja przemawia za nim. Wdarłem się do jego domu, wszcząłem awanturę, przemocą porwałem kobietę, którą kocha… Nie chcę i nie mam prawa go zabić, ale nie mam też ochoty ginąć. Jestem młody, szczęśliwy w miłości. Czemu miałbym umierać? A oto treść mej prośby. Jako mój sekundant pomoże mi pan podyktować takie warunki starcia, przy których nie musiałbym ani zabić, ani zginąć, oczywiście bez uszczerbku na honorze. Próbowałem wymyślić coś sam, ale szwankuje mi głowa”. I co do tego, panowie, możecie mi wierzyć, bynajmniej nie łgałem. – Radca tytularny ścisnął skronie, zamknął oczy i pozwolił sobie na krótką przerwę. – Jak widzicie, moje rachuby są proste. Jeśli Don jest tym, którego szukam, bez wątpienia wykorzysta dogodną okazję pozbycia się cudzymi rękoma dokuczliwego i niebezpiecznego prześladowcy. Zamyślił się wtedy na długo, a ja cierpliwie czekałem…
– No i co? – nie wytrzymał Doronin. – Winien czy nie?
– Moim zdaniem, nie. – Erast Pietrowicz westchnął. – Zresztą osądźcie sami. Tsurumaki pyta: „Dobrze się pan fechtuje?” – „Średnio, uwielbiałem to jako chłopak i byłem nawet pierwszą szpadą w gimnazjum, lecz potem rzuciłem ten sport, strzelam dużo lepiej”. On powiada: „Broń palna jest zbyt niebezpieczna, już lepiej biała. Wystarczy, jeśli umie pan trzymać szpadę. Pójdę do Bullcoksa i powiem, że wybór został dokonany. Nie będzie mógł odmówić, a bić się także, bo rzecz w tym, że nie tak dawno spadł z konia i złamał nadgarstek. Ma całkiem sztywny przegub”. Ja do niego: „Nie, za nic, to podłość!”. Don replikuje: „Podłością byłoby, gdyby zamierzał go pan zakłuć, ale po prostu wytrąci pan Bullcoksowi szpadę, przystawi mu ostrze do gardła i z dominującej pozycji wyrazi ubolewanie za wtargnięcie do jego domu – i tylko za to. A ja już się zatroszczę, by o pojedynku dowiedziała się publiczność, tak że widzów nie zbraknie. Rozbrojony i oszczędzony publicznie, nie będzie mógł wyzwać pana powtórnie”. Taki oto plan wymyślił Tsurumaki. Trochę to trąci wschodnią p-perfidią, lecz na swój sposób jest sprytne. Wygląda, że Onokoji skłamał. Don jest niewinny.
– Winny, jeszcze jak winny! – wykrzyknął z pasją Wsiewołod Witaljewicz. – Brawo, Fandorin, a to się panu udało wywieść Dona w pole! Oszukał pana! Po pierwsze: za nic nie pamiętam, żeby Bullcox chodził ostatnio z ręką na temblaku, a po drugie – to znakomity szermierz, co pański luby przyjaciel przemilczał, pomny, że jest pan w Jokohamie od niedawna i wiedzieć tego nie może. Pamiętam, jak w zeszłym roku w Klubie Sportowym odbyło się spotkanie fechmistrzów europejskich i japońskich. Ci pierwsi walczyli według wyboru stępioną szpadą, rapierem albo dwuręcznym mieczem, drudzy – mieczem bambusowym. Nasi ponieśli druzgoczącą porażkę. Jedynym, który stanął na wysokości zadania, był Bullcox. W końcowym starciu dotrzymał pola ze szpadą w dłoni najlepszemu tubylczemu fechmistrzowi. Wie pan, kto nim był?
– Tsurumaki Donjirō – szepnął Shirota. – Tak, pamiętam. To był przepiękny bój!
– Wspaniale odegrał pan swoją rolę, Eraście Pietrowiczu. On jest pewien, że działa pan w tajemnicy przede mną, wobec czego nie ma pan od kogo dowiedzieć się prawdy.
– Czyli że Onokoji nie zełgał, czego w-właśnie starałem się dowieść – podsumował z satysfakcją radca tytularny. – I choć wciąż czeka nas, oczywista, zgromadzenie dowodów, prawidłową odpowiedź już znamy.
– Co teraz ma pan zamiar zrobić? Przecież wyznaczono już termin?
– Tak, Tsurumaki wybrał się przy mnie do Bullcoksa i po półgodzinie wrócił z informacją, że pojedynek odbędzie się jutro o ósmej rano na wzgórzu Kitamura nad Bluffem.
– I pakuje się pan w tę pułapkę?
– No pewnie. Proszę bez obaw, Wsiewołodzie Witaljewiczu, przygotowałem na tę okazję plan rezerwowy. Może uda się obejść i bez gromadzenia dowodów.
– A jeśli on pana zabije?
Fandorin wzruszył lekceważąco ramieniem: takiej ewentualności plan nie przewiduje.
– To będzie bardzo piękna śmierć! – rzekł nagle Shirota i czemuś się zaczerwienił.
„Miałbym wtedy sporą szansę powiększyć liczbę «szczerych ludzi» – pomyślał Erast Pietrowicz, widząc, że oczy sekretarza płoną ogniem podniecenia. – A do portretów Aleksandra Siergiejewicza i marszałka Saigō jak nic dołączyłby kolejny”.
– Panowie wybaczą. Zmęczyłem się jakoś. Chyba się p-położę…
Wyszedł, starając się nie chwiać, lecz w korytarzu musiał chwycić się ściany, a tuż za progiem mieszkania poczuł nagle, że podłoga zmienia się w coś na kształt pokładu statku. Statek chybnął się w prawo, stanął dęba w lewo, a wreszcie całkiem uciekł mu spod nóg. Erast Pietrowicz upadł.
Na jakiś czas musiał pewnie stracić przytomność, bo ocknąwszy się, leżał już w łóżku, a Masa przykładał mu do czoła coś chłodnego. Było to niewymownie przyjemne. Fandorin podziękował: Arigatō! - i znów utonął.
Przychodzili Asagawa, doktor Twiggs, a spoza ich ramion wyzierał sierżant Lockston z jakiegoś powodu nie w kepi, lecz w szerokoskrzydłym kapeluszu. Patrzyli na leżącego Erasta Pietrowicza bez słów, wymieniając ze sobą spojrzenia.
Potem zastąpiła ich druga, słodsza wizja: O-Yumi. Twarz miała mniej piękną niż na jawie, bladą, umęczoną, smętną, na policzki opadały rozpuszczone włosy, ale Fandorin mimo wszystko ucieszył się niesłychanie.
– To nic, że nie jesteś za ładna, proszę tylko: nie znikaj!
Uśmiechnęła się na mgnienie i znów spoważniała. Nagle poduszka, na której spoczywała głowa chorego, uniosła się sama, a przed wargami Fandorina pojawiła się czarka.
– Pij, pij – zaszemrał miły głos i Erast Pietrowicz, oczywiście, wypił.
Napój był gorzki i wonny, lecz on patrzył na smukłą dłoń, trzymającą czarkę, i to pomagało.
– Dobrze, a teraz śpij. Poduszka na powrót opadła.
– Gdzieś była? – zapytał Fandorin, dopiero teraz pojąwszy, że O-Yumi mu się nie zwidziała. – Tak na ciebie czekałem!
– Daleko. Na górze, gdzie rośnie cudowne ziele. Śpij. Jutro głowa zaboli cię jeszcze mocniej. To będą oczyszczać się żyły. Trzeba przecierpieć. A w południe dam ci drugi napar, ból wtedy ustąpi i niebezpieczeństwo minie. Zaśnij, śpij mocno, mocno, nie odejdę, póki nie uśniesz…
„Byle więc jak najdłużej nie zasnąć – pomyślał. – Cóż lepszego, niż leżeć i słuchać tego głosu?”.
Za dnia nie, nigdy.
Tylko nocami słyszę
Twój tak cichy głos.