Jakże zmieniło się wszystko w porównaniu z ubiegłą nocą! Świat nie przestał być niebezpieczny. Przeciwnie, stał się jeszcze bardziej zaskakujący i drapieżny. Skądś, z mroku – Fandorin świetnie to wiedział – bez przerwy śledził go badawczy wzrok człowieka o lodowatej krwi węża. Lecz mimo wszystko życie było piękne.
Erast Pietrowicz siedział w ciemności, nacisnąwszy na oczy daszek mundurowej czapki, i czekał na umówiony znak. Ognik cygara żarzył się w ciemności, z pewnością widoczny z każdego z sąsiednich dachów.
Ciało, serce i rozum radcy tytularnego ogarniała błogość.
Ciało – bo przeszła Fandorinowi migrena, przestały dolegać otarcia i rany. Gdy zlanego krwią pojedynkowicza przywieziono do domu, pierwsza na spotkanie wybiegła O-Yumi. Nie pozwoliła Doroninowi wezwać doktora, sama zajęła się rannym. Namaściła czymś wonnym jego rany na ręce i biodrze – i krwotok momentalnie ustał. Potem dała Erastowi Pietrowiczowi do wypicia napar z trawy, i z czaszki radcy tytularnego jakby spadła stalowa obręcz. Fandorin potrząsnął głową, zamrugał oczyma, nawet poklepał się dłonią w ciemię, lecz nudności, ból i zawroty głowy ustały. Co więcej, znikło gdzieś zmęczenie, mięśnie dźwięczną siłą napełniła energia – tylko znów chwytać szpadę i zobaczy się jeszcze, kto kogo. W ciągu dnia nowo nabyta cudowna lekkość wszystkich członków nie osłabła, może nawet okrzepła. I to w samą porę. Zapowiadała się bowiem wielce burzliwa noc.
Serce pogrążało się w błogości, bo za ścianą spała O-Yumi. A w końcu, czy to nie najważniejsze?
Rozum opływał błogością, bo Erast Pietrowicz znów miał plan, tym razem prawdziwy, znakomicie obmyślony i przygotowany – nie jak ów bękarci twór zbolałego mózgu, który omalże kosztował go życie. To wprost cud, że ocalał!
Kiedy zwycięski Bullcox runął na pokonanego przeciwnika, nikt z widzów nie pojął, co właściwie zaszło, a już najmniej ze wszystkich – gotujący się na śmierć Fandorin. Zepchnął z siebie ciężkie ciało Anglika, uniósł się i otarł czoło (po którym ściekał chłodny pot) ręką (po której ściekała gorąca krew). Czcigodny leżał rozciągnięty z wykręconą dłonią, ściskającą wciąż rękojeść szpady.
Ku leżącym biegli już lekarz i sekundanci.
– Ciężko ranni? – krzyknął doktor Stein, przykucając. Nie doczekawszy się odpowiedzi, szybko obmacał wicekonsula. Na rany machnął ręką („może poczekać”) i zajął się Bullcoksem. Zmacał puls, uniósł powiekę, gwizdnął:
– Apopleksja. Jakże można tak skakać i miotać się przy takim ciśnieniu! Mister Tsurumaki, ma pan najobszerniejszą karetę. Czy odwiezie go pan do domu? Pojadę z panem.
– Oczywiście, odwiozę, po sąsiedzku – zatroszczył się Don i unikając wzroku Fandorina, wziął czcigodnego pod pachy.
Erasta Pietrowicza dostarczył do konsulatu major Ruskin, bladością nieustępujący wicekonsulowi. Był uprzedzająco troskliwy, wypowiedział mnóstwo przeprosin za opryskliwość wynikłą z nieporozumienia – niewątpliwie obawiał się serio o losy swojej „żeliwnej czaszki”. Ale radca tytularny ani myślał o majorze. Młodym człowiekiem targał dreszcz – nie ulgi i nie rozstroju nerwów. Fandorin był wstrząśnięty jawną interwencją Fatum, które znów, już nie po raz pierwszy, ratowało go, przychodząc na pomoc w rozpaczliwej, beznadziejnej sytuacji. Tegoż było trzeba – żeby udar trafił Bullcoksa właśnie w chwili, gdy zwyciężonemu zostawała nie więcej niż sekunda życia! Z pewnością sceptycy znajdą na to racjonalne wyjaśnienie – powiedzą, że przedsmak zemsty przyprawił Anglika, i bez tego zasapanego, o uderzenie krwi do głowy, przez co w mózgu pękło mu naczynko. Ale sam Erast Pietrowicz wiedział: znów ochroniła go szczęśliwa gwiazda, Przeznaczenie we własnej osobie. Lecz w jakim celu? I jak długo to jeszcze potrwa?
U łoża okrwawionego cierpiętnika zebrali się wszyscy lokatorzy konsulatu: i całkiem pożółkły z niepokoju Wsiewołod Witaljewicz, i Obayashi-san, i zagryzający wargi Shirota, i pochlipująca Sofia Diogenowna, i nawet służąca Natsuko, która zresztą o wiele częściej gapiła się na Masę. Obraz był poruszający, nawet wzruszający, do czego niemało przyczyniała się panna Błagolepow, która wzywała, by natychmiast, „póki nie jest za późno”, posłać na fregatę „Namiestnik” po kapłana. Ale O-Yumi przeprowadziła swe cudotwórcze zabiegi i rzekomy umierający cudownie ożył. Siadł na łóżku, potem wstał i przeszedł się po pokoju. Wreszcie oznajmił, że – do diabła ciężkiego! – jest okropnie głodny.
Tu wyjaśniło się, że nikt w konsulacie nie jadł jeszcze śniadania. Wszyscy, wiedząc o pojedynku, niepokoili się o Erasta Pietrowicza tak, że ani kęs nie przeszedłby im przez gardła. Na łapu – capu nakryto stół wprost w gabinecie Doronina w celu poufnej, strategicznej rozmowy.
Pomówiono trochę o pojedynku, a potem przerzucono się na Dona Tsurumakiego. Przebudzony rozsądek radcy tytularnego żądał rehabilitacji. Plan wyłonił się momentalnie w trakcie rostbefu i jaj sadzonych.
– On jest pewien, że leżę plackiem i nieprędko wstanę, więc mało prawdopodobne, by oczekiwał mej wizyty. To raz – mówił Fandorin, operując widelcem. – Żadnej ochrony w willi nie ma, wielokrotnie mówił, że się nikogo nie boi.
To dwa. Zachowałem klucz od furtki. To trzy. Wnioski: dziś w nocy złożę mu wizytę a Vanglaise, czyli bez zaproszenia.
– Cel? – zmrużył oczy Doronin.
– Odbędziemy a little friendly chat * – myślę, że mamy z Donem o czym pogadać.
Konsul pokiwał głową.
– Spodziewa się pan go nastraszyć? Już pan miał okazję się przekonać, że japoński akunin nie lęka się śmierci. A przecież go pan nie zabije.
Erast Pietrowicz wytarł wargi serwetką, łyknął czerwonego wina, wziął ćwiartkę filipińskiego ananasa. Od dawna, bardzo dawna nie jadł z takim apetytem.
– A czemuż miałbym go straszyć? On nie dziewica, a ja nie duch. Nie, panowie. Wszystko odbędzie się całkiem inaczej. Shirota, czy mogę liczyć na pańską pomoc?
Sekretarz przytaknął gestem, nie spuszczając z wicekonsula oczu.
– Świetnie. Proszę bez obaw, nie będzie pan musiał robić nic wbrew prawu. Do domu zakradnę się z Masą. Pańskie zadanie – to pod wieczór zaczaić się na wzgórzu, które wznosi się ponad posiadłością. To świetny punkt do obserwacji, na dodatek niewidoczny z dołu. Ledwie w domu pogasną światła, da pan sygnał. Znajdzie się u nas kolorowy lampion?
– Tak, zostały z Nowego Roku. Są zielone, czerwone, błękitne.
– Niech będzie błękitny. Mignie pan trzykrotnie, parę razy z rzędu. Masa będzie czekać na sygnał na ganku.
– Tylko tyle? – rozczarował się Shirota. – Po prostu dać znak, gdy w domu zgasną światła?
– Nic więcej. Światła tam gasną, kiedy odchodzi służba, resztę biorę na siebie.
Wsiewołod Witaljewicz nie wytrzymał:
– Ależ pan kocha tajemnice! No dobrze, dostaniecie się do domu i co dalej?
Erast Pietrowicz uśmiechnął się.
– Don ma sekretny sejf. To raz. Wiem, gdzie go szukać – za półkami w bibliotece. To dwa. A do tego wiem jeszcze, gdzie znaleźć klucz do sejfu – na szyi Dona. To trzy. Ani myślę Tsurumakiego straszyć, po prostu poproszę go o klucz i zajrzę do sejfu, a Masa przez ten czas potrzyma gościnnego gospodarza pod lufą.
– A wie pan, co ma w tym sejfie? – zapytał Doronin.
– Nie, ale się domyślam. Tsurumaki powiedział kiedyś, że trzyma tam złote sztaby. Zełgał, jestem pewien. Nie, ma tam coś o wiele cenniejszego od złota. Choćby pewien schemat z wężykowymi znaczkami, a może znajdą się jeszcze ciekawsze dokumenty…
Nagle konsul zachował się dziwnie: ściągnął z nosa niebieskie okulary, zamrugał w ostrym świetle. Jego usta zaczęły żyć jakimś własnym życiem – jęły drgać, krzywić się, w cienką wargę wpiły się zęby.
– Jeśli nawet pan coś ważnego tam znajdzie, i tak nie zdoła odczytać – powiedział głucho Wsiewołod Witaljewicz. – Nie zna pan przecież japońskiego, a i ze służącego nie będzie wiele pożytku. Wie pan co… – zaciął się, ale nie dłużej niż na sekundę, po czym kontynuował już na wskroś pewnym głosem. – Wie pan co, pójdę z panem. Dla dobra sprawy. Dojadło mi już być widzem. Rola męcząca i wstydliwa.
Erast Pietrowicz wiedział: jeśli ujawni teraz choćby cień zdziwienia, ciężko konsula urazi, odpowiedział więc nie zaraz, lecz jakby przemyślawszy kwestię pod kątem celowości.
– Dla dobra sprawy byłoby lepiej, gdyby został pan tutaj. Jeśli moja wycieczka zakończy się kiepsko, orzekną: szczeniak, pojedynkowicz, awanturnik. Kapitan-lejtnant i tak już postawił na mnie krzyżyk. Co innego pan – filar jokohamskiej społeczności, konsul Cesarstwa Rosyjskiego.
Brwi Wsiewołoda Witaljewicza wygięły się jak wściekłe pijawki, lecz tu do rozmowy wmieszał się Shirota.
– Ja pójdę – powiedział szybko. – Czemu nie? Dam znak, a potem miałbym niby tak siedzieć na wzgórzu? Dość głupio.
– Jeśli w kabałę wpakują się mój zastępca i sekretarz, przepadłem tak czy siak – zakipiał Doronin. – Więc już lepiej ja sam…
Ale Shirota przejawił brak szacunku – przerwał zwierzchnikowi.
– Ja się nie liczę. Po pierwsze, jestem tubylczym pracownikiem najemnym. – Uśmiechnął się krzywo. – A po wtóre, zaraz napiszę prośbę o dymisję z wczorajszą datą. W podaniu wyłożę, że nie chcę już dłużej służyć Rosji, bo rozczarowałem się do jej polityki wobec Japonii, albo coś w tym rodzaju. W ten sposób jeśli my z panem Fandorinem wpakujemy się, jak pan to nazwał, w kabałę, będzie to przestępcza zmowa niedowarzonego awanturnika (proszę wybaczyć, Eraście Pietrowiczu, ale sam się pan tak nazwał) z głupawym tubylcem, już zwolnionym z rosyjskiej służby. Nic ponadto.
Powiedziane to było rzeczowo, lecz z żarliwym naleganiem, i zakończyło dyskusję. Przystąpiono do rozważania szczegółów.
Wróciwszy do siebie, Erast Pietrowicz zobaczył, że O-Yumi leży w łóżku ledwie żywa. Twarz miała bez kropli krwi, oczy wpadnięte, stopy owiązane szmatkami.
– Co ci jest? – zawołał w trwodze. – Zachorowałaś?
Uśmiechnęła się słabo.
– Nie. Po prostu jestem bardzo, bardzo zmęczona. Ale to nic. Przejdzie.
– A co z twoimi nogami?
– Zdarłam.
Padł na kolana, wziął ją za rękę, wyszeptał:
– Powiedz mi prawdę, gdzie byłaś zeszłej nocy? Gdzie wybrałaś się dziś? Co się z tobą dzieje? Prawdę, na Boga, prawdę!
O-Yumi spojrzała na niego z miłością.
– Dobrze. Powiem ci prawdę – całą, jaką mogę. A ty obiecaj mi dwie rzeczy: że więcej o nic już nie zapytasz i że też powiesz prawdę.
– Obiecuję. Ale ty pierwsza. Gdzie byłaś?
– W górach. Trawa maso rośnie tylko w jednym miejscu, na południowym stoku góry Tanzawa, a to o piętnaście ri stąd. Musiałam wybrać się tam dwa razy, bo napar trzeba sporządzać dwukrotnie, musi być najzupełniej świeży. To cała moja historia. Teraz mów ty. Widzę, że coś planujesz, a ja się boję, mam złe przeczucia.
Piętnaście ri – to w sumie niemal sześćdziesiąt wiorst, podliczył Fandorin. Wierzyć się nie chce, że ona jeszcze żyje!
– Przegalopować przez noc trzydzieści ri! – zakrzyknął. – Musiałaś niemal na śmierć zagnać konia!
Jego słowa nie wiedzieć czemu ją rozweseliły. O-Yumi wybuchnęła cichym śmiechem.
– Koniec. Żadnych pytań więcej, obiecałeś. Teraz ty opowiadaj.
I opowiedział. O pojedynku. O tym, jak Bullcoksowi ze złości trzasnęła żyła w mózgu, o Donie Tsurumakim i o nadchodzącej operacji.
Twarz O-Yumi robiła się coraz bardziej wzburzona, coraz smutniejsza.
– Jaka szkoda… – wyszeptała wreszcie, dosłuchawszy.
– Myślisz o swoim Algiem – oburzył się natychmiast Fandorin. – No to jedź do niego, napój go swoim wywarem.
– Nie, nie o nim. Żal mi Algiego, ale jednego z was musiało spotkać coś złego, i lepiej, że jego niż ciebie – powiedziała w roztargnieniu. – Szkoda kryje się w tym, coś ty zamyślił. Nie powinieneś nigdzie chodzić nocą, to się dobrze nie skończy. Widzę to z cienia na twojej skroni. – Sięgnęła ku jego głowie, a kiedy Erast Pietrowicz uśmiechnął się, zakrzyknęła z rozpaczą: – Ty nie wierzysz w ninsō!
Spierali się jeszcze długo, ale Fandorin był niewzruszony i w końcu bezsilna O-Yumi zasnęła. Wyszedł, bojąc się niebacznym ruchem czy skrzypnięciem krzesła zakłócić jej sen.
Reszta dnia upłynęła na przygotowaniach. Z sypialni nie dochodził żaden dźwięk – O-Yumi mocno spała.
A późno wieczorem, kiedy Masa siedział już na ganku, patrząc w stronę ciemnych wzgórz nad Bluffem, Erasta Pietrowicza oczekiwał wstrząs.
Po raz kolejny przechodząc obok sypialni, przyłożył ucho do drzwi; tym razem usłyszał lekki szelest. Ostrożnie nacisnął klamkę.
O-Yumi wciąż jeszcze spała. Z łóżka dochodził jej cichy, miarowy oddech.
Stąpając na palcach, podszedł do okna, by je przymknąć – z zewnątrz ciągnęło chłodem. Popatrzył na szarą sylwetę przeciwległego domu i naraz zamarł.
Tam koło dymnika coś się ruszyło. Kot? Coś jakby za duży.
Serce zabiło mu jak szalone, lecz Fandorin nie zdradził, że cokolwiek go niepokoi. Przeciwnie: przeciągnął się leniwie, zamknął okno na wszystkie zasuwki, powoli odszedł.
Na korytarzu zaczął biec.
To dach Club Hotelu – uświadomił sobie. – Można się tam wdrapać z tyłu po schodach pożarowych.
Skoczywszy, przebiegł wzdłuż ogrodzenia do sąsiedniego budynku. W minutę potem był już na górze. Kolano wsparł o mokrą od deszczu dachówkę, wyciągnął z kabury gerstala.
Gdzieś blisko, na przeciwległej połaci dachu, zaszurały lekkie kroki.
Nie kryjąc się już, Fandorin skoczył naprzód, myśląc tylko, by się nie pośliznąć.
Dosięgnął kalenicy, wyjrzał w sam raz, żeby zobaczyć na krawędzi czarną postać w obcisłym czarnym stroju. Znów niewidzialny człowiek!
Radca tytularny wyciągnął rękę, lecz strzelić nie zdążył. Ninja zeskoczył zgrabnie.
Rozstawiając jak najszerzej nogi, Erast Pietrowicz zjechał głową w dół po dachówce, chwycił za rynnę, wychylił się.
Gdzie ninja?
Rozbił się na śmierć, czy jeszcze się rusza?
Lecz choć Fandorin usilnie się wpatrywał, nikogo się w dole nie dopatrzył. Niewidka zniknął.
– Omae ikanai. Hitori iku * - rzekł słudze Fandorin, wróciwszy do konsulatu. – O-Yumi-san mamoru. Wakaru? *
I Masa zrozumiał. Nie odrywając oczu od wzgórza, gdzie prędzej czy później winien był mignąć błękitny ognik, przytaknął. Udał się, co tu kryć, Erastowi Pietrowiczowi służący!
Jeszcze godzinę, może półtorej, radca tytularny siedział przy oknie w mundurowej czapce, palił cygara i, jak już powiedziano, wczuwał się w błogość ciała, serca i rozumu.
Śledzą? Niech sobie śledzą. Hasło dzisiejszej nocy to inicjatywa i tempo.
Przy czwartym cygarze Fandorina do pokoju zajrzał Masa. Już czas.
Zostawiwszy służącemu prostą instrukcję, Erast Pietrowicz wyszedł na ganek.
Tak, sygnał. Nad Bluffem (rzekłbyś, na samym skraju nieba) kilkakrotnie błysnęła i zgasła maleńka błękitna gwiazda.
Spróbuj wypatrzyć
Śród błękitnego nieba
Błękitną gwiazdę.