Wrzoścowa fajka

Schwycił wcześniej przygotowany welocyped, sprowadził go z ganku, biegiem przeciągnął przez dróżkę. Za bramą wskoczył na siodełko, naparł na pedały. Spróbujcie teraz śledzić!

Dla zbicia z tropu ewentualnych szpicli skręcił nie w prawo, w stronę Bluffu, lecz w lewo. Mknął pełnym gazem, coraz to popatrując w lusterko, ale z tyłu, na oświetlonym bulwarze, nie poruszył się żaden czarny cień. Być może najprostszy chwyt wypalił. Wiadomo: najskuteczniejsze są proste pomysły.

Pomysł w istocie był z gatunku dziecinnych. U okna zamiast wicekonsula siedział teraz w czapce, z cygarem w zębach, Masa. Jak dobrze pójdzie, nieprędko zauważą podmianę.

Nie zwalniając dla pewności tempa, Erast Pietrowicz zatoczył wokół Settlementu obszerny łuk i wjechał do Bluffu z drugiej strony, przez rzekę Okagawa.

Kauczukowe opony rozbryzgiwały z tryumfalnym sykiem kałuże, spod kół leciały radośnie pobłyskujące w świetle latarni bryzgi. Fandorin czuł się jastrzębiem lecącym nad nocnymi ulicami. Widzi cel, zmierza doń i nic nie zdoła mu już przeszkodzić w niechybnym ataku. Pilnuj się, akuninie!

Shirota oczekiwał w umówionym miejscu, na rogu zaułka.

– Patrzyłem w lornetkę – zaraportował sekretarz. – Światło zgasło trzydzieści pięć minut temu. Wszędzie poza jednym oknem na drugim piętrze. Służący wyszli do domu stojącego w głębi ogrodu. Piętnaście minut temu tam także zgasło ostatnie okno. Wtedy zszedłem ze wzgórza.

– Patrzył pan na taras? Mówiłem, że on lubi wpatrywać się w gwiazdy.

– Jakież dziś gwiazdy? Deszcz pada.

Fandorinowi spodobało się zachowanie sekretarza. Spokojny, rzeczowy, wyzbyty wszelkich emocji. Bardzo możliwe, że prawdziwym powołaniem Kandzi Shiroty nie było wycieranie łokci o kancelaryjne sukno, lecz zajęcia wymagające zimnej krwi i zamiłowania do ryzyka.

Byleby tylko nie nawalił, gdy zacznie się na dobre.

– No, to proszę łaskawie do stołu. Obiad podano – powiedział wesoło radca tytularny, wskazując gestem bramę.

– Pan pierwszy – odrzekł w tym samym tonie Shirota. Nadal trzymał się dzielnie.

Dobrze naoliwiony zamek i zawiasy pozwoliły przemknąć na dziedziniec bez skrzypnięcia.

Jeśli chodzi o pogodę, mieli szczęście: mrok, mglisto, szum deszczu głuszy wszystkie dźwięki.

– Plan pan pamięta? – szepnął Fandorin, wchodząc po stopniach. – Teraz do środka. Pan czeka na dole, ja wchodzę na…

– Wszystko pamiętam – odpowiedział równie cicho ów niezwykły sekretarz. – Nie ma potrzeby tracić darmo czasu.

Drzwi w domu nie zamykano, co stanowiło szczególny powód chluby gospodarza i okazało się dziś wielce dogodne. Fandorin bezszelestnie wbiegł wyścielanymi chodnikiem stopniami na piętro. Sypialnia leżała w końcu korytarza, przy wyjściu na taras.

„Najlepiej, gdyby się zbudził – pomyślał nagle Erast Pietrowicz, lewą ręką naciskając klamkę (w prawej trzymał rewolwer). – Można by wtedy z pełnym uzasadnieniem, a nie tylko z samej niegodnej żądzy zemsty, palnąć drania kolbą w łeb”.

Podkradłszy się do łóżka, Fandorin specjalnie westchnął, lecz Don Tsurumaki się nie przebudził. Spoczywał słodko na miękkim piernacie. Na głowie zamiast fezu bielała mieszczańska szlafmyca z chwaścikiem. Jedwabna kołdra podnosiła się i opuszczała miarowo na szerokiej piersi milionera. Soczyste wargi były wpółotwarte.

Spod kołnierza nocnej koszuli błyskał złoty łańcuszek.

„Teraz musi się zbudzić” – pomyślał Erast Pietrowicz, przymierzając się szczypczykami, i już podnosił rękę z rewolwerem. Serce wybijało ogłuszająco zwycięską sarabandę.

Szczęknął przecinany metal, łańcuszek ześlizgnął się po szyi śpiącego. Ów błogo zamruczał i przewrócił się na bok. W dłoni Fandorina leżała kolczasta złota róża.

„Najgłębiej śpią nie ci o czystym sumieniu, ale ci, co od urodzenia nie mają żadnego” – rzekł sobie filozoficznie wicekonsul.

Zszedłszy w dół, wskazał Shirocie gabinet – bibliotekę, gdzie niegdyś dopadł na gorącym uczynku księcia Onokojiego – niech japoński bóg ma w opiece jego grzeszną duszę.

Poszperał promieniem ślepej latarki po zasuniętych zasłonach, po wysokich szafach ze ślepymi drzwiami, po półkach z książkami. Oto jest – to ona.

– Proszę tu poświecić.

Przekazał latarkę sekretarzowi. Ze dwie minuty obmacywał grzbiety książek i drewniane podpórki. Wreszcie, gdy nacisnął opasły tom Pisma Świętego (trzeci od lewej na przedostatniej półce), coś szczęknęło. Pociągnął regał do siebie i ów otwarł się nagle jak drzwi. Za nim pobłyskiwały w ścianie stalowe wrota.

– Na dziurkę, na dziurkę – wskazał niecierpliwie Erast Pietrowicz.

Kolczasta różyczka zgrzytnęła i weszła w otwór jak ręka w rękawiczkę. Przed przekręceniem klucza radca tytularny starannie zlustrował ściany, podłogę i listwy, by znaleźć sygnalizację elektryczną. I słusznie: pod tapetą namacał grubą, twardą żyłkę. Dać się powtórnie nabić w tę samą butelkę byłoby co najmniej nieprzyzwoicie.

Znów poszły w ruch szczypczyki. Cyk, i sygnalizacja została rozłączona.

– Sezamie, otwórz się – szepnął Erast Pietrowicz, by dodać ducha Shirocie. Światło latarni zaczynało drżeć, jakby nerwy kancelisty nie radziły już sobie z napięciem.

– Co? – zdziwił się Japończyk. – Co pan powiedział? Najwyraźniej nie czytywał baśni arabskich.

Rozległ się cichy brzęk, drzwi się otwarły i Fandorin najprzód zmrużył oczy, a potem półgłosem zaklął.

W żelaznej skrzyni, pobłyskując oślepiająco w elektrycznym świetle, leżały sztaby złota. Było ich mnóstwo. Wyglądały jak chodnik ułożony ze złotej kostki.

Rozczarowanie Erasta Pietrowicza nie miało granic. Don nie skłamał. Istotnie trzyma w sejfie złoto. Co za głupota, co za nuworyszostwo! I cała operacja na marne?

Nie wierząc jeszcze w tak druzgoczącą klęskę, wyciągnął jedną sztabę i zajrzał w szparę, lecz w dolnym rzędzie też pobłyskiwał żółty metal.

In flagranti! - rozległ się z tyłu głośny, ironiczny głos. Radca tytularny obejrzał się żywo. Ujrzał w prostokącie drzwi pełną, krępą sylwetę. Tuż potem u sufitu zajaśniały żyrandole: sylwetka zyskała kolor, kształt i trzeci wymiar.

Był to pan domu. Wciąż w tej kretyńskiej szlafmycy i narzuconym na koszulę nocną szlafroku. Lecz spod szlafroka widoczne były bynajmniej nie spodnie od piżamy.

– Pan dyplomata lubi złoto? – uśmiechnął się Tsurumaki, wskazując sztabę w ręce Fandorina.

Twarz milionera bynajmniej nie była senna. I jeszcze jeden godny uwagi szczegół: na nogach miał nie domowe pantofle, lecz starannie zasznurowane trzewiki.

„Pułapka! – Erasta Pietrowicza przebiegł dreszcz. – Leżał w łóżku ubrany i nawet obuty. Oczekiwał, wiedział!”.

Don klasnął w dłonie i z zewsząd: zza zasłon, drzwi, nawet z szaf ściennych powyłazili ludzie, jednakowo ubrani w czarne kurtki i czarne bawełniane spodnie. Służba! A Shirota mówił, że wszyscy wyszli!

Służących było nie mniej niż tuzin. Jednego – żylastego, krzywonogiego, o małpio długich rękach – zdarzyło się Fandorinowi widzieć już wcześniej. Jak się zdaje, pełnił funkcję majordomusa czy kamerdynera.

– Cóż za hańba dla Cesarstwa Rosyjskiego! – zacmokał językiem Tsurumaki. – Wicekonsul rabuje złoto z cudzych sejfów. Kamata, jū-o tore.

Zdanie po japońsku skierowane było do długorękiego. – broń, tore znaczy – weź, Kamata - nazwisko.

Radca tytularny wyszedł z kręgu. Wyciągnął rękę, skierował gerstala w czoło gospodarza.

Kamata natychmiast zastygł w miejscu, pozostałe „czarne kurtki” także.

– Nie mam nic do stracenia – uprzedził Erast Pietrowicz. – Proszę kazać swoim ludziom wyjść. Natychmiast, bo… Don nie uśmiechał się już. Patrzył na radcę tytularnego z ciekawością, jakby chcąc zgadnąć: blefuje czy też mógłby naprawdę strzelić?

– Strzelę, niech pan nie wątpi – upewnił go Fandorin. – Lepsza śmierć od hańby. A skoro i tak trzeba umierać, z panem będzie weselej. Ciekawy z pana okaz. Shirota, proszę stanąć z lewej, zasłania mi pan pana Tsurumakiego.

Sekretarz usłuchał, lecz widać przez pomyłkę stanął nie z lewej, tylko z prawej.

– Świetnie pan wie, że przyszedłem tu nie po złoto. – Don się poruszył i Erast Pietrowicz ostrzegawczo szczęknął bezpiecznikiem. – Stać spokojnie, a tych tam precz!

Lecz tu wydarzyło się coś niepojętego. Aż nie do wiary.

Niezawodny wspólnik radcy tytularnego, sekretarz Shirota, z gardłowym okrzykiem zawisł na ręce Fandorina. Gruchnął strzał, kula odłupała długą szczapę z dębowego parkietu.

– Coś pan? – krzyknął Erast Pietrowicz, próbując strząsnąć zwisającego mu z ramienia Japończyka, lecz do wicekonsula w dwóch długich susach podbiegł już Kamata. Wykręcił mu rękę za plecy, a jego śladem rzucili się pozostali.

W sekundę potem rozbrojony i bezsilny Fandorin stał przyciśnięty do ściany. Trzymano go za ręce, za nogi, za szyję.

Ale Erast Pietrowicz nie patrzył na czarnych służących, tylko na zdrajcę. Ten podniósł z podłogi rewolwer i z ukłonem przekazał Donowi.

– Judasz! – wychrypiał radca tytularny. – Tchórz! Podlec!

Shirota zapytał o coś pana domu po japońsku. Prosił chyba o pozwolenie na odpowiedź. Tsurumaki skinął głową.

Wtedy sprzedawczyk odwrócił do Fandorina blade, podobne do skostniałej maski oblicze, lecz głos miał twardy, bez drżenia:

– Nie jestem tchórzem, nie jestem podły i tym bardziej nie jestem zdrajcą Judaszem. Całkiem przeciwnie: jestem wierny swemu krajowi. Wcześniej myślałem, że bez utraty honoru można służyć dwóm krajom. Lecz pan kapitan Bucharcew otworzył mi oczy. Teraz wiem, jak Rosja odnosi się do Japonii i czego możemy oczekiwać od Rosjan.

Fandorin nie wytrzymał, odwrócił wzrok. Przypomniał sobie, jak Bucharcew perorował o żółtym niebezpieczeństwie, nie uważając nawet za stosowne zniżyć głosu, a przecież w korytarzu stał Shirota…

– To polityka – przerwał Erast Pietrowicz. – Może się zmienić. Ale zdradzać kogoś, kto panu zaufał – nie wolno. Jest pan pracownikiem rosyjskiego konsulatu!

– Już nie. Jak panu wiadomo, złożyłem podanie o dymisję i nawet napisałem, czemu nie mogę dłużej służyć Rosji.

I to także była prawda!

– A bardziej honorowo jest służyć temu mordercy? – Fandorin wskazał oczyma Tsurumakiego, wykorzystując ostatni argument.

– Pan Tsurumaki to człowiek szczery. Działa na rzecz mojej ojczyzny. A poza tym to człowiek silny. Gdy władza i prawo szkodzą interesom Japonii, zmienia władzę i ulepsza prawa. Zdecydowałem, że będę mu pomagał. Nie siedziałem na żadnym wzgórzu, tylko poszedłem wprost do pana Tsurumakiego i wyjawiłem mu pański plan. Mógł pan przynieść szkodę Japonii, więc pana porzuciłem.

Im dłużej mówił Shirota, tym pewniejszy stawał się jego głos, jaśniej błyszczały oczy. Cichutki sekretarz owinął bystrego Fandorina wokół palca i, jak się zdaje, jeszcze śmiał się tym chlubić. Erasta Pietrowicza, zdruzgotanego pod każdym względem, wliczając w to nawet moralny, opanowała niedobra chęć, by choć czymkolwiek skazić tryumf wyznawcy „szczerości”.

– Myślałem, że kocha pan Sofię Diogenownę, a pan i ją zdradził. Już jej pan nie zobaczy.

Powiedział tak i zaraz się zawstydził. To było naprawdę niegodne.

Lecz Shirota się nie stropił.

– Całkiem przeciwnie. Dziś oświadczyłem się Soni i zostałem przyjęty. Uprzedziłem, że jeśli za mnie wyjdzie, będzie musiała stać się Japonką. Odrzekła: „Z tobą – choćby Papuaską”. – Twarz świeżo upieczonego wroga Cesarstwa Rosyjskiego rozpłynęła się w błogim uśmiechu. – Przykro mi, że tak się rozstajemy. Mam dla pana głęboki szacunek, zresztą nic złego pana nie spotka. Pan Tsurumaki mi to obiecał. Sejf specjalnie napełniono złotem zamiast dokumentami, zawierającymi tajemnice państwowe. Dzięki temu nie będzie pan oskarżony o szpiegostwo, a za próbę włamania pan Tsurumaki pana nie pozwie. Zachowa pan życie i nie trafi do więzienia. Po prostu zostanie pan wydalony z Japonii. Nie można pozwolić panu tu zostać. Jest pan zbyt aktywny, a w dodatku rozjątrzony pamięcią o zmarłych przyjaciołach.

Odwrócił się do Dona i złożył ukłon na znak, że rozmowa po rosyjsku dobiegła końca. Tsurumaki dodał po angielsku:

– Shirota-san to prawdziwy Japończyk. Człowiek honoru, który wie, co to obowiązek wobec ojczyzny i dlaczego jest on ważniejszy nad wszystko inne. Idź, przyjacielu. Nie powinno cię tu być, kiedy przyjdzie policja.

Skłoniwszy się nisko nowemu panu i lekko kiwnąwszy głową Fandorinowi, Shirota wyszedł.

Radcę tytularnego trzymano wciąż równie mocno, co oznaczać mogło tylko jedno.

– Policja, oczywiście, zjawi się chwilę za późno – powiedział Erast Pietrowicz do gospodarza. – Złodziej zginie przy próbie ucieczki albo próbie oporu. Dlatego odesłał pan pięknoducha Shirotę. Jestem człowiekiem tak aktywnym, że nie tylko nie wolno pozwolić mi zostać w Japonii. Mnie po prostu nie wolno zostawić przy życiu. Prawda?

Uśmiech, z jakim Tsurumaki wysłuchał tych słów, był pełen wesołego zdziwienia, zupełnie, jakby milioner nie oczekiwał od jeńca tak subtelnej i bystrej uwagi.

Obróciwszy w ręce gerstala, Don zapytał:

– Automatyczny i bezkurkowy?

– A jakże. Po prostu naciska się cyngiel i leci jedna po drugiej wszystkich siedem kul. To znaczy sześć, jedna się zmarnowała – odpowiedział Fandorin, pyszniąc się przed sobą własną zimną krwią.

Tsurumaki zważył w ręce rewolwerek i radca tytularny przygotował się: „Zaraz bardzo zaboli, potem ból stanie się tępy, a potem całkiem przejdzie”.

Ale gerstal upadł na podłogę. Erast Pietrowicz zdziwił się tylko w pierwszej chwili. Potem zauważył, że kieszeń szlafroka Dona odstaje. Ma się rozumieć: byłoby dziwne, gdyby rabusia zastrzelono z jego własnej broni.

Zupełnie jakby na potwierdzenie domysłu radcy tytularnego ręka pana domu zagłębiła się w tejże kieszeni. Rzecz miała się wyraźnie ku rozwiązaniu.

Nagle Kamata, nie spuszczając oczu z Fandorina, drgnął i zwrócił kościstą, całą w grubych zmarszczkach, fizjonomię ku drzwiom.

Skądś z zewnątrz dochodziły krzyki i łomoty.

Przybyła policja? Ale skąd ten harmider?

Do pokoju wbiegł jeszcze jeden typ w czarnej kurtce. Pokłonił się panu i Kamacie, coś wybełkotał.

Tsurete kochi * - rozkazał Tsurumaki, nie wyjmując ręki z kieszeni.

Sługa wybiegł i w pół minuty później do biblioteki wepchnięto pod ręce poturbowanego Masę.

Ujrzawszy Fandorina, sługa zakrzyczał coś rozpaczliwym głosem.

Można było zrozumieć tylko jedno słowo: „O-Yumi-san”.

– Co on mówi? Co on mówi? – wicekonsul szarpnął się w rękach swych strażników.

Sądząc po twarzy gospodarza, wiadomość go oszołomiła. Zapytał o coś Masę, otrzymał odpowiedź, i nagle bardzo się skupił. Na powtórne pytania Fandorina nie zwracał uwagi, tylko tarł w gniewie czarną brodę. Masa zaś wciąż starał się pokłonić Erastowi Pietrowiczowi (rzecz z wykręconymi w tył rękoma niełatwa) i powtarzał:

Mōshiwake – arimasen! Mōshiwake – arimasen!

– Co on tak powtarza? – z bezsilnym gniewem zawołał radca tytularny. – Co to znaczy?

– To znaczy: „Nie ma dla mnie przebaczenia!” – Tsurumaki spojrzał nań nagle. – Pański sługa opowiada bardzo ciekawe rzeczy Mówi, że siedział przy oknie i palił cygaro, że zrobiło mu się duszno i uchylił lufcik. Że rozległ się świst i coś go ukłuło w szyję, i że nic więcej już nie pamięta. Ocknął się na podłodze. Z szyi sterczał mu jakiś kolec. Rzucił się do sąsiedniego pokoju i zobaczył, że O-Yumi-san znikła. Łóżko było puste.

Erast Pietrowicz jęknął, pan domu zaś zapytał Masę o coś jeszcze. Otrzymawszy odpowiedź, uniósł lekko podbródek i Fandorinowskiego wasala niezwłocznie puszczono. On zaś sięgnął za pazuchę i wyciągnął coś na kształt drewnianej igiełki.

– Co to? – zapytał Fandorin.

Don posępnie wpatrywał się w kolec.

– Fukibari. To świństwo smaruje się trucizną lub jakimś paraliżującym czy usypiającym na krótko zielskiem i wystrzeliwuje z dmuchawki. Ulubiona broń ninja. Niestety, Fandorin-san, pańską przyjaciółkę pochwycili skradacze.

I w tej to dokładnie chwili Erastowi Pietrowiczowi, całkiem już gotowemu na śmierć, zupełnie odechciało się umierać. Rzec można: cóż mogło go obchodzić cokolwiek na świecie? Jeśli zostało ledwie kilka sekund życia, ileż znaczą nierozwiązane łamigłówki, a nawet porwanie ukochanej kobiety? A jednak żyć chciało mu się tak, że kiedy ręka Dona poruszyła się w złowieszczej kieszeni, Fandorin mocno ścisnął zęby, aby nie uprosić choćby odroczenia wyroku. Odroczenia i tak nie dostanie, a gdyby nawet miał dostać, zabójcy się nie prosi.

Wicekonsul zmusił się do patrzenia na rękę, która wolno dobywała z kieszeni czarny pobłyskujący przedmiot – i wreszcie go dobyła.

Była to wrzoścowa fajka.


Gdy przeczytałem,

Jak po łacinie: „wrzosiec”.

Pokochałem fajkę.

Загрузка...