Wtorek rano
Szpital im. George'a Waszyngtona
Waszyngton
– Doktor MacLean godzinę temu odzyskał przytomność – powiedział doktor Connor Bingham, ordynator oddziału neurologii do Savicha i Sherlock. – Bardzo bolały go złamane żebra i rana na piersi, jest pod wpływem środków przeciwbólowych i jest trochę senny. Może hałas i wpływ podróży helikopterem przyspieszył proces przebudzenia. Ale jak się przekonacie, on nie jest normalnym człowiekiem. Z jego demencją, nigdy nie będzie. Proszę do niego długo nie mówić. Jeżeli potem będziecie mieli pytania, jestem do dyspozycji.
Zgodnie z procedurą Savich i Sherlock pokazali swoje odznaki agentowi pilnującemu sali, w której leżał doktor MacLean, pomimo tego, że się znali.
Agent Tom Tomlin był wysoki i szczupły, a jego ciemne oczy rozpromieniły się na widok Sherlock, kiedy powiedział, nie spuszczając wzroku z jej twarzy:
– Agentko Sherlock, moja mama przysłała mi zdjęcie z San Francisco Chronicie – sięgnął do kieszeni kurtki, wyciągnął portfel i rozłożył wycinek z gazety. – O, proszę, tutaj stoi pani przed płonącym domem, z twarzą czarniejszą niż moja, w podartym i brudnym ubraniu i ma pani na sobie kamizelkę z kevlaru. Moja mama kazała mi się z panią umówić. Była naprawdę zawiedziona, kiedy powiedziałem jej, że jest pani mężatką.
– Uśmiechnął się do niej promiennie.
Ojciec przysłał Sherlock tę samą fotografię. Uśmiechnęła się.
– Całą wieczność zajęło mi pozbycie się z twarzy tej sadzy. I zapachu. Ciągle go czuję.
Savich posłał agentowi Tomlinowi przerażający uśmiech, po czym wziął Sherlock za rękę i wprowadził do sali, w której leżał doktor MacLean.
– Hm – jęknął doktor MacLean.
Stanęli po drugiej stronie jego łóżka, patrząc w jego szare, mętne oczy.
– Doktorze MacLean? – Sherlock czekała, aż skupił się na jej twarzy. – Jestem agentka Sherlock, a to jest agent Savich. Jesteśmy z FBI. Pracujemy z Jackiem Crowne. Proszę się o nic nie martwić. Jest pan bezpieczny. Ma pan ochronę. Nikomu nie pozwolimy pana skrzywdzić.
Przyglądał się im uważnie.
– Jesteście przyjaciółmi Jacksona? Chciałbym, żeby ożenił się z moją córką, ale moja żona uważa, że on jest dla niej za stary. W tym roku rozpoczęła studia na Columbii.
– Może lepszy byłby z niego wujek – powiedział Savich.
– Pamiętaj, taka sama różnica wieku była między księciem Karolem i Dianą. I popatrz, co z tego wyszło.
– Może i tak. O rany, nigdy nie brałem takich silnych prochów, nawet na studiach. Mam ochotę natychmiast odlecieć z tej twardej jak kamień namiastki łóżka prosto przez okno, może nawet zadzwonić do Białego Domu. Ładna dziś pogoda?
– Tak, słońce mocno grzeje, temperatura może nawet dojść dziś do trzydziestu stopni.
– Mój bardzo dobry przyjaciel, farmaceuta, świetnie gra w brydża. Kiedy zadzwonię do drzwi jego domu w Chevy Chase, przy odrobinie szczęścia przerwę mu partię brydża. Chyba polecę prosto na zachodnie wybrzeże. Nie chcę wracać do Lexington – moja rodzina to banda zrzęd i katastrofistów.
A moja żona Molly – próbowałem nakłonić ją, żeby posłuchała głosu rozsądku, ale ona nie chciała mnie słuchać. Molly dręczyła mnie, dopóki nie znaleźliśmy się na pokładzie samolotu do Lexington. A potem musiałem znowu tutaj wrócić, ale zaraz, zaraz… właściwie po co? A, już sobie przypominam. Samolot się rozbił, a pilotował go Jackson. Czy z nim wszystko dobrze? Savich dostrzegł jego nagły niepokój i powiedział:
– Jack czuje się już dobrze. Boli go tylko głowa, bo miał wstrząs mózgu i ma ranę ciętą na nodze.
– To dobrze, że z nim wszystko w porządku. Powiem wam, że mimo tych rewelacyjnych tabletek nadal boli mnie całe ciało.
– To zrozumiałe. Mocno się pan poobijał. Na pokładzie cessny była bomba, ale Jackowi udało się wylądować w wąskiej dolinie. Wyciągnął pana z samolotu zanim ten eksplodował. Doznał pan ran na całym ciele.
– Doktorze MacLean, musimy zadać panu parę pytań, żeby lepiej zorientować się w sytuacji – powiedziała Sherlock. MacLean zamknął oczy i wydawało się, że zaraz uśnie, ale odezwał się po chwili:
– Jackson też miał kilka pytań. – Prosił, żebym wymienił mu nazwiska moich pacjentów, którzy mieszkają w okolicy. Chciał, żeby FBI mogła ich przesłuchać. Oczywiście nie mogłem spełnić jego prośby. Moim pacjentom należy się prywatność, nie zasługują na to, żeby ujawniać, że do mnie przychodzą, i na spekulacje, po co to robią. Nie…
– Doktorze MacLean – powiedział Savich, łagodnie przerywając mu monolog. – Faktem jest, że przy pańskiej chorobie – pamięta pan, że cierpi na demencję płata czołowego?
Mac Lean pokiwał głową.
– A pan by się cieszył z takiej przypadłości? Choroba rozpoczyna się w płacie czołowym, potem postępuje głębiej, niszcząc wszystko po drodze. Skończę jak chory na Alzheimera, leżąc w pozycji embrionalnej, będę czekał na śmierć, zupełnie sam. To najbardziej przerażająca wizja, jaką mogę sobie wyobrazić.
To prawda, pomyślał Savich i zastanawiał się, jak on poradziłby sobie z taką chorobą.
– Oczywiście, że bym się nie cieszył. Wie pan, że ta choroba sprawia, że mówi pan niestosowne rzeczy?
– Jestem lekarzem, agencie Savich. Nie jestem głupi, wiem o wszystkim. Po tym, jak zdiagnozowano u mnie tę chorobę, dużo o niej czytałem.
– Czasami pamięta pan, co mówił, a czasami nie – mówił dalej Savich.
– Co proszę?
– Czasami…
– To była próba kiepskiego żartu, agencie Savich – przerwał mu doktor MacLean, uśmiechając. – Ale proszę zrozumieć, że nieważne jak bardzo jest ze mną źle, to gotów jestem przysiąc na grób mojego dziadka, że w żadnym wypadku nie powiedziałbym niczego o moich pacjentach. Moim celem jest im pomagać, a nie szkodzić. – Przerwał i westchnął. – Jednak wiem, że tak zrobiłem. Jackson mi to powiedział.
– Już rozmawiał pan o trzech swoim pacjentach z przyjacielem laikiem. Okazało się, że jeden z pańskich pacjentów dowiedział się o tym i tak pan jego, lub ją, tym wystraszył, że podjął już trzy próby zamachu na pańskie życie. Dwie próby z ucieczką z miejsca wypadku, tutaj i w Lexington, później bomba w samolocie, który wiózł pana do Waszyngtonu. Gdyby nie umiejętności Jacka, obaj bylibyście martwi.
– Cholernie trudno uwierzyć w to, że mógłbym zrobić coś takiego.
– Na pewno – powiedziała Sherlock. – Chcemy, żeby powiedział nam pan o pacjentach, o których rozmawiał pan ze swoim partnerem do gry w tenisa, Arturem Dolanem. Być może będziemy potrzebować nazwisk wszystkich pańskich pacjentów, ale istnieje prawdopodobieństwo, że osoba, która tak pragnie pańskiej śmierci, to jedna z tych trzech, zwłaszcza że wkrótce potem Artur Dolan został zabity w New Jersey.
Mizerna twarz McLeana stała się poważna.
– Przecież to niedorzeczne. Nigdy nie powiedziałem Arturowi niczego o moich pacjentach. Zginął w wypadku samochodowym, zresztą zawsze jeździł za szybko. Molly narobiła krzyku, że to było morderstwo, ale kazałem jej wziąć valium, bo przecież wszyscy mówili, że to wypadek. – Nagle zamilkł, po czym powiedział cicho: – Wiecie, Artur miał świetny bekhend, ale był powolny. Przeważnie z nim wygrywałem. Będzie mi brakowało naszych meczy. To były dla mnie świetne ćwiczenia. W jednym tygodniu on przyjeżdżał tutaj, a w następnym ja jechałem do Cape May. Grywał też w golfa, był w tym o wiele lepszy niż w tenisie. Artur i ja rozmawialiśmy wyłącznie o sporcie, on nie wiedział o niczym więcej.
A jeżeli chodzi o ten samochód, który prawie potrącił mnie w Lexington, wiem, że to był pijany kierowca. Policja to potwierdziła – westchnął. – Biedny Artur. Na szczęście dla niego, to była szybka śmierć.
– A pierwszy wypadek tutaj, w Waszyngtonie? – zapytała Sherlock.
– To były okolice Plank, mnóstwo tam narkomanów. Może to był ktoś pod wpływem heroiny. Facet rozbił się. I mnie spotkałoby to samo, gdybym też był głupi.
– A co z bombą w samolocie? – zapytał Savich, zastanawiając się, czemu doktor wszystkiemu zaprzeczał.
– To oczywiste – powiedział lekceważąco. – Jackson jest agentem FBI, na pewno ma wrogów którzy chcą zemsty. Savich spojrzał na Sherlock, a potem na doktora MacLeana. W jego szarych oczach dostrzegł strach.
– Nie pamięta pan, jak opowiadał o swoich trzech pacjentach Arturowi Dolanowi?
– Co do diabła pan insynuuje? – Spojrzał Savichowi prosto w oczy, twarz pobladła mu z gniewu. – Że opowiadam przyjacielowi o moich pacjentach? Oczywiście, że nie. Czy uważa pan, że brak mi etyki zawodowej? Poza tym, jak już mówiłem, rozmawialiśmy głównie o sporcie.
– Nie, doktorze – powiedział cierpliwie Savich, widząc, że są w punkcie wyjścia. – To nie ma nic wspólnego z etyką, ale z pańską chorobą. Kiedy prowadziliśmy dochodzenie w sprawie pierwszego zamachu na pańskie życie, znaleźliśmy w pańskim klubie golfowym w Chevy Chase barmana, który pana znał i podziwiał od lat. Przypomniał sobie, że słyszał, jak kiedyś rozmawia pan z Arturem Dolanem przy kieliszku martini. Pamiętał, że mówił pan o swoich trzech pacjentach, powszechnie znanych i dlatego zapamiętał tę rozmowę, domyślając się, że coś było nie tak.
Doktor MacLean wyglądał na urażonego, potem nagle złość zniknęła z jego oczu i wybuchnął śmiechem. Od tego śmiechu musiały zaboleć go żebra, bo szybko wciągnął powietrze, przez chwilę lekko oddychał.
– Czy jedną z tych osób był Lomas Clapman? – spytał po chwili.
– Tak – odparł Savich. – Może pan nam o nim opowie. Oczy doktora MacLeana rozbłysły, nagle ożywił się i zaczął szybko opowiadać:
– Clapman to idiota, błazen, żyjący w przekonaniu, że jest najmądrzejszy na świecie. Uwielbia samego siebie. Ach, jak on nienawidzi Billa Gatesa. Nazywa go „małym gnojkiem”. Tłumaczyłem mu, że wielu ludzi uważa, że Bill Gates jest nie tylko niezwykle bystry, ale też że ze swoją organizacją zrobił więcej dobrego dla ludzi niż jakakolwiek z tak zwanych organizacji humanitarnych. Dlaczego nie spróbował prześcignąć fundacji Gatesa? Z pewnością mógł tego dokonać.
Próbowałem go odwieść od obsesji na temat Gatesa, skierować jego energię w pozytywnym kierunku. Ale nic to nie dało – zaczął na mnie krzyczeć. I wiecie co? Rozparłem się na krześle i roześmiałem mu się w twarz. Oburzył się i rzucił we mnie przyciskiem do papieru. – Doktor MacLean potrząsnął głową, nadal się śmiejąc. – Co za prostak bez skrupułów. Po tym więcej go nie widziałem. Nawet nie zadzwonił, żeby odwołać kolejne wizyty.
Sherlock była pewna, że zanim dotknęła go choroba, doktor MacLean nie mógłby mówić o pacjencie tak szyderczym, kpiącym tonem. Czy naprawdę śmiał się ze swojego pacjenta? Wątpiła w to. Zastanawiała się, czy będzie pamiętał to, co mówił do niej i Dillona.
– Czy pan Clapman powiedział panu coś, co – gdyby zostało ujawnione – mogłoby mu zaszkodzić?
– Tak, oczywiście – odparł bez wahania MacLean – swój pierwszy projekt samolotu sprzedał rządowi we wczesnych lalach osiemdziesiątych, to był nisko latający samolot taktyczny. Prawda jest taka, że ukradł pomysł swojego przyjaciela i partnera, który był wynalazcą i nawet nie zauważył, kiedy Lomas podpisał patenty własnym nazwiskiem. A umowa spółki nic obejmowała patentów. Biedak zabił się jakieś piętnaście lat temu, kompletnie spłukany. Dacie wiarę?
– Czy pan Clapman przychodził do pana, bo czuł się winny lego, co zrobił? – zapytała Sherlock.
– Nie, raczej nie. Uważał, że uczciwie zarobił każdego centa. Przychodził do mnie raz w tygodniu, bo chciał przechwalać się, jaki jest wspaniały, i byłem zmuszony przez pięćdziesiąt minut siedzieć i go słuchać. Zostawiła go żona, i nie dziwię jej się.
– Wyobrażam sobie – powiedział Savich – że gdyby to wyszło na jaw, miałoby negatywny wpływ na samego pana Clapmana i jego firmę, nie wspominając już o procesach wytoczonych przez wdowę po jego partnerze i jego rodzinę.
– Uważacie, że Lomas próbował mnie zabić? O, przepraszam, że próbuje mnie zabić? Chce mnie uciszyć?
– To możliwe – odparł Savich. – Ale wydaje mi się, że to nie jest wystarczający powód. MacLean roześmiał się.
– Lomas fałszował wyniki testów próbnych, manipulował też statystykami, żeby jego myśliwce spełniały rządowe wymagania. Powiedziałem mu, żeby przestał to robić, bo kiedyś i tak wszystko wyjdzie na jaw. Takie rzeczy zawsze wychodzą na jaw. Pamiętam, że śmiał się z tego, powiedział, że przecież to dzieje się teraz.
– Bingo – powiedziała Sherlock.
MacLean wpatrywał się w nich rozweselony środkami przeciwbólowymi, a oczy błyszczały mu jak u szaleńcza.
– Myślicie, że stary Lomas próbowałby zabić mnie za to? Powiedział mi wprost, że w Pentagonie wiedzą, że wszyscy to robią i biorą na to poprawkę, mają nawet tabele, które pokazują dopuszczalny przedział odchyleń i tym podobne rzeczy. Twierdził, że to wszystko gruba zwierzyna.
– Czy może nam pan powiedzieć, po co dokładnie Lomas Clapman do pana przychodził, doktorze MacLean? – zapytała Sherlock.
– Był impotentem. Po wszystkich badaniach i kilku pudełkach viagry jego lekarz poradził mu wizytę u mnie, żeby sprawdzić, czyjego niemożność osiągnięcia erekcji ma podłoże psychiczne czy emocjonalne.
– Pomógł mu pan? – zapytał Savich.
– Powiem panu, agencie Savich, że Lomas był tak przepełniony zawiścią i arogancją, że tylko sam Bóg mógłby mu pomóc – to mówiąc, doktor MacLean zamknął oczy, położył głowę na poduszce i westchnął.