Szpital im. George'a Waszyngtona
Waszyngton
Środa rano
Kiedy Sherlock i Savich weszli do szpitalnej sali, Mac Lean był świadomy i żartował z pielęgniarką. Spojrzał na nich i uśmiechnął się.
– Pamiętam was, byliście tutaj wczoraj. Jesteście agentami FBI, pracujecie z Jacksonem. – Wzruszył ramionami. – Jackson powiedział mi, że ta młoda dama, która jest z nim – chyba ma na imię Rachael – uratowała nas, kiedy rozbił się nasz samolot. Wyszli stąd jakieś dziesięć minut temu, powiedzieli, że już tutaj jedziecie.
Pielęgniarka uśmiechnęła się do doktora MacLeana i wyszła.
– Tak – odezwał się Savich. – Spotkaliśmy ich przy wejściu. Powiedzieli, że czuje się pan dziś znacznie lepiej. Neurolog powiedział im, że ta choroba jest nieprzewidywalna i każdy przypadek jest inny. Savich modlił się, żeby doktor MacLean pamiętał ich wczorajszą rozmowę i żeby nie musieli zaczynać wszystkiego od początku.
– Zawsze powtarzałem jego ojcu, że nigdy nie lubiłem zdrobnienia jego imienia, więc dla mnie zawsze będzie Jacksonem. Grałem z nim w futbol, uczyłem go podkręcać piłki i dawałem mu wskazówki, jak poddawać psychoanalizie klientów, którzy kupowali lemoniadę od jego siostry. Ustawił się obok jej stoiska. Liczył sobie tylko dziesięć centów za trzyminutowe czytanie i poradę. Miał wtedy chyba dziesięć lat.
– Jak radził sobie z klientami? – zapytała Sherlock.
– Pewnie mężczyznom patrzył na dłonie, a u kobiet bełtał pozostałości lemoniady na dnie papierowych kubków i analizował ułożenie miąższu.
Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, jaką ma intuicję. Jego matka zakazała mu tej działalności, kiedy poradził sąsiadowi, żeby przestał sypiać z panią Hinkley, która mieszkała dwa piętra wyżej. Tego lata on i jego siostra Jennifer zarobili kupę kasy.
Moim zdaniem coś złego przytrafiło się jemu i tej młodej damie, Rachael, ale oni twierdzili, że wszystko jest w porządku, a wszystkie te bandaże to jeszcze po katastrofie naszego samolotu. Powiedziałem mu, że nie odniosłem aż tak poważnych obrażeń, żebym zgłupiał, ale on widocznie tak. Rachael roześmiała się. Jackson powiedział, że ona jest projektantką lub dekoratorką wnętrz. Stwierdziła, że skoro nie zostaję w tej sali na dłużej, nie będzie zmieniała jego kolorystyki. Udało jej się mnie zagadać, a potem sobie poszli, więc pytam was: co się dzieje z Jacksonem? I nie próbujcie mi wmawiać, że chodzi tylko o mnie i moje problemy. Savich pokiwał głową.
– Ma pan rację, on jest zaangażowany w mocno podejrzane sprawy. Ale pan wie, że jest dobry. Nic mu nie będzie. Proszę się nie martwić. Od pielęgniarki wiemy, że wczoraj wieczorem była u pana żona. Musiał być pan bardzo zadowolony, że przyjechała tutaj aż z Lexington. Czy dziś też do pana przyjdzie?
Patrząc na twarz doktora MacLeana, Sherlock doszła do wniosku, że żona raczej zakłócała jego spokój.
– Powiedziałem Molly, żeby dziś nie przychodziła – odparł rozdrażniony. – Że nigdzie się nie wybieram i że nie ma się czym martwić. Tylko denerwowałaby mnie swoim zrzędzeniem, niekończącym się suszeniem mi głowy o znalezienie dla nas domu przy plaży na Bermudach. Na szczęście reszta rodziny została w Lexington. Ta gromada rozniosłaby szpital. Zabroniłem im pod karą śmierci w męczarniach przyjeżdżać tutaj i doprowadzać mnie do szaleństwa. – Uśmiechnął się szeroko. – Chociaż ja już chyba jestem wariatem.
– Doktorze MacLean, pamięta pan, o czym rozmawialiśmy wczoraj? – zapytała po chwili Sherlock.
– Być może mój mózg nie funkcjonuje całkiem normalnie, ale pamiętam naszą wczorajszą rozmowę. Opowiedziałem wam o dwójce moich pacjentów, a tego nie powinienem był robić. Ale jesteście z FBI, więc pewnie nie miałem wyboru, skoro jakiś wariat próbuje mnie zabić. Gdybym musiał, odśpiewałbym to nawet.
Właściwie, opowiadanie wam o tych ludziach było zabawne. Możecie mówić mi Timothy. – Skinęli głowami, a on mówił dalej. – A przy okazji, Tomlin, ten agent, który pilnuje moich drzwi wszedł tutaj, parę razy i powiedział, że mam się nie martwić, bo jemu nigdy nie zdarza się drzemać w pracy i jest byłym kapitanem policji, który swoim skromnym zdaniem rozbił gang w Detroit. – Uśmiechnął się, patrząc na przemian na Savicha i Sherlock. – Powiedział mi też, że parę tygodni temu byliście w San Francisco u jasnowidza. Skoro mowa o dziwnych ludziach.
– Agent Tomlin jest pierwszorzędny – powiedziała Sherlock. Timothy roześmiał się.
– Następnym razem zaproszę go na dłuższą pogawędkę.
– Jak się pan dziś czuje? – zapytała Sherlock.
– Nadal jestem całkowicie rozbity, ale jakieś pięć minut temu wziąłem dawkę środków przeciwbólowych, więc za chwilę powinienem poczuć znaczną ulgę, dziękuję. – Zmarszczył brwi, po czym z niewinnością dziecka dodał: – Pamiętam to bardzo dokładnie. Opowiadałem wam o kongresmence Dolores McManus.
– Tak – przyznał Savich. – I o tym, jak zamordowała swojego pierwszego męża. Timothy westchnął, po czym uśmiechnął się błogo.
– Wyznała to, będąc pod wpływem hipnozy – nie spodziewałem się tego. Nie mogłem i nie chciałem w to uwierzyć. Na początku myślałem, że mnie nabiera, ale to było niemożliwe, bo była pod wpływem hipnozy.
Żałuję tylko, że zanim ją wybudziłem, nie kazałem zapomnieć o wszystkim, co mi powiedziała, ale tak mnie wytrąciła z równowagi, że zapomniałem.
– Może opowie nam pan dokładnie, co wyznała, żebyśmy mogli to wykorzystać.
Przez chwilę MacLean się wahał. Potem choroba musiała osłabić jego wątpliwości, albo dał o sobie znać jego instynkt samozachowawczy, bo głosem spokojnym, jakby prowadził rozmowę towarzyską, powiedział:
– Jak już mówiłem, Dolores młodo wyszła za mąż za kierowcę ciężarówki, urodziła troje dzieci i zanim skończyła dwadzieścia pięć lat, ukończyła studia. Życie toczyło się swoim torem, ale w jej przypadku sprawy przybrały interesujący obrót. Miała niewyparzony język i niczego się nie bała. Zyskała pozycję, która pozwalała jej mierzyć się z grubymi rybami i często nawet ich pogrążać. To sprawiło, że zweryfikowała swoje poglądy na to, co i w jaki sposób chce osiągnąć.
Jednak jej mężowi – kierowcy ciężarówki, to nie odpowiadało. Chciał, żeby żona czekała na niego w domu i po jego powrocie podała mu piwo. Groził, że zrobi jej krzywdę i zabierze jej dzieci. Uwierzyła, że jest w stanie ją zabić. Ale co z dziećmi? Ostatnie z nich za pół roku miało wyprowadzić się z domu, więc to nie był problem. Za to on stanowił poważny problem.
Więc Dolores zaczęła myśleć w ten sposób: kto zagłosuje na parlamentarzystkę, która ma za męża kierowcę ciężarówki? Wiedziała, że z tym człowiekiem nie sięgnie gwiazd, na co w swojej opinii zasługiwała. Dla niej oznaczało to objęcie funkcji politycznej, z której miałaby pieniądze. On tylko podkreślałby jej brak jakiegokolwiek doświadczenia zawodowego i jak do tej pory bezużytecznego dyplomu ukończenia studiów.
Wtedy nagle ta kobieta w średnim wieku powiedziała mi, że jej mąż udał się właśnie swoją osiemnastokołową ciężarówką w jedną ze swoich zwykłych tras po Alabamie. Kiedy zatrzymał się w swoim ulubionym zajeździe, aby zjeść kolację, ktoś nagle wyłonił się z cienia i zastrzelił go.
Potem Dolores powiedziała „popatrz na to” i natychmiast sfabrykowała łzy i powiedziała mi, że tak właśnie się zachowała, kiedy do jej domu przyjechała policja – ona powiedziała coś w stylu: „O nie, to potworne, to musi być jakaś pomyłka, nie mój Lukey, o Boże, co ja teraz zrobię, a co z moimi biednymi dziećmi”. Potem powiedziała, że zemdlała – no wiecie, była w szoku. Po chwili nagle roześmiała się. Tak zanosiła się śmiechem, że omal się nie udusiła. Pomiędzy wybuchami śmiechu powiedziała mi, jak to wynajęła zbira z Savannah, który zabił jej męża, że zapłaciła mu pięćset dolarów i powiedziała, gdzie ma to zrobić. Była z siebie bardzo zadowolona, i powzięła ostateczne postanowienie o kandydowaniu do Kongresu. Byłem tak zaszokowany, że wyprowadziłem ją z hipnozy. Oczywiście dokładnie pamiętała, co mi powiedziała, i nagle znalazła się w kłopotliwej sytuacji. Zapewniłem ją, że nigdy nie złamię tajemnicy lekarskiej. Jednak nadal była przerażona. Nie spodziewałem się, że jeszcze kiedykolwiek do mnie przyjdzie. I nie pomyliłem się. Myślicie, że to Dolores próbowała mnie zabić?
– To brzmi bardziej prawdopodobnie niż Lomas Chapman – stwierdził Savich. – A z jakiego powodu ona potrzebowała psychiatry?
– Jej ojczym wykorzystywał ją seksualnie i ostatnio miała w związku tym koszmarne sny. To doprowadzało ją do szaleństwa i dlatego do mnie przyszła. Wprowadzałem ją w stan hipnozy, żeby wywołać wspomnienia i żeby mogła stawić im czoło. A potem to się stało.
Savich pokiwał głową.
– No dobrze, barman mówił, że słyszał, jak opowiadał pan o jeszcze jednym pacjencie, Pierre Barbeau.
– Ach, tak, Pierre. Jest bardzo bystry, zajmuje wysoką pozycję w wywiadzie wojskowym. Od lat znałem jego oraz jego żonę Estelle i ich syna Jeana Davida. Molly i ja graliśmy z nimi w golfa i utrzymywaliśmy kontakty towarzyskie. Nie byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, ale można powiedzieć, że miło spędzaliśmy razem czas.
W każdym razie Pierre jest wysoko postawionym łącznikiem pomiędzy francuską policją i naszym CIA. Jest arogancki i zadufany w sobie, ale można się tego spodziewać, bo jest Francuzem i przez te lata śmiałem się, kiedy w kółko opowiadał o wyższości Francuzów. Drażniłem się z nim wtedy.
Potem, ni z tego, ni z owego zadzwonił do mnie i powiedział, że znalazł się w samym środku zawieruchy – takiego słowa użył – i potrzebował mojej pomocy.
Okazało się, że chodziło o jego syna, który, co dość ciekawe, był obywatelem amerykańskim, bo urodził się trzy tygodnie przed terminem podczas ich pobytu na wakacjach w Cape May. Ma dwadzieścia sześć lat, jest absolwentem Harvardu. Niezwykle bystry, miły facet, może nawet bystrzejszy od swojego staruszka, jest strategicznym analitykiem w CIA, specjalizuje się w sprawach Bliskiego Wschodu. Jakieś pół roku temu Jean Dawid związał się z młodą kobietą, która twierdziła, że jest absolwentką i na pół etatu pracuje dla organizacji charytatywnej, która finansuje edukację na Bliskim Wschodzie. Oczywiście ta organizacja była tylko przykrywką, a tak naprawdę w Stanach zajmowała się zbieraniem pieniędzy dla grup terrorystycznych i werbunkiem do nich. Jean Dawid spadł jej jak z nieba. Jakieś półtora miesiąca temu Jean Dawid pokazał jej poufne materiały, bardzo dokładnie określające położenie jednego z naszych tajnych agentów w Pakistanie – prawdopodobnie po to, żeby jej zaimponować. W CIA prawie natychmiast zorientowali się, że coś jest na rzeczy, bo zamordowano dwóch tajnych agentów, i ogłosili stan pełnego pogotowia. Jean David zrozumiał, że ma poważne kłopoty, więc opowiedział ojcu o kobiecie, którą poznał i której dał się oszukać.
– Przypominasz sobie imię tej kobiety, Timothy? – zapytała Sherlock.
– Miała bardzo urocze imię, może Mary, nie, raczej Anna. Nie znałem jej nazwiska, zresztą Pierre też go nie znał. Przyszedł do mnie w zaufaniu jako przyjaciel i zapytał, czy mógłbym bronić jego syna w sądzie jako psychiatra, argumentując, że chłopak był niepoczytalny i nie wiedział, co robi. Martwił się o zdrowie psychiczne swojego syna. Powiedziałem mu, że w takim przypadku żadna diagnoza psychiatryczna nie uchroni Jeana Davida przed więzieniem. Oczywiście zgodziłem się z nim spotkać, ale pod warunkiem, że Jean David przyzna się władzom do popełnionego przestępstwa. Wielu tajnych agentów wciąż może być w niebezpieczeństwie, więc władze powinny wiedzieć o naruszaniu przepisów. Właściwie powiedziałem Pierre'owi, że w tych okolicznościach to dla mnie etycznie niedopuszczalne trzymać to w tajemnicy i jeżeli Jean David nie powie o wszystkim władzom, ja to zrobię.