Waszyngton
Sobota przedpołudnie
Pierre Barbeau otworzył drzwi wejściowe, popatrzył na nich zrezygnowany i cofnął się.
– Tommy zadzwonił do mnie z dołu. Czego chcecie tym razem?
– Chcemy porozmawiać z panem i pana żoną, panie Barbeau – powiedział Savich, patrząc na prawe ramię Pierre'a. Miał na sobie stary, niebieski, aksamitny płaszcz kąpielowy z grubymi luźnymi rękawami, które łatwo mogły zakrywać bandaż. Wyglądał, jakby właśnie wstał z łóżka. Wydawał się zmęczony, zdruzgotany, a może po prostu się bał. Ale jak na oko Savicha, po prostu nie wyglądał, jakby ktoś go postrzelił w ramię.
– Nie wiem o czym – odparł Pierre. – Proszę posłuchać, Estelle i ja próbujemy jakoś sobie z tym wszystkim radzić. Powiedzieliśmy panu wszystko. Moja żona nie chce z panem rozmawiać, z żadnym z was. Mówię wam to i uwierzcie mi, ona zazwyczaj osiąga to, czego chce.
Sherlock chciała mu powiedzieć, że ona też zazwyczaj osiąga to, czego chce, ale jedynie uśmiechnęła się do niego, a Dillon odezwał się:
– Sprawdziliśmy u waszego dozorcy. Powiedział, że oboje wyszliście około dziesiątej i wróciliście koło drugiej nad ranem. Gdzie byliście?
– A jakie to ma znaczenie?
W odpowiedzi poczuł na sobie dwa ciężkie spojrzenia, aż cofnął się o krok.
– Widzę, że w międzyczasie coś jeszcze się wydarzyło, tak? Myślicie, że to my za tym stoimy, cokolwiek to jest, zdarzyło się ostatniej nocy. O to chodzi?
– Proszę powiedzieć nam, gdzie byliście, panie Barbeau – powiedziała Sherlock.
– Proszę bardzo. Nie przypuszczam, żeby to miało jakieś znaczenie. Moja żona i ja nie mogliśmy znieść cierpienia, więc poszliśmy na spacer. Minionej nocy było przyjemnie. Księżyc był prawie w pełni, więc poszliśmy do High Banks Park. Zajęło nam to może godzinę. Poszliśmy do galerii, w której była specjalna wystawa otwarta do późna. Byliśmy tam do północy, a później wstąpiliśmy do baru. Upiliśmy się, ale to nie pomogło. Wróciliśmy do domu. Nie wiem, która była godzina. Poszliśmy spać. Wstałem, kiedy kilka minut temu zadzwonił Tommy.
– Jak nazywała się ta galeria, panie Barbeau? – zapytała Sherlock, trzymając pióro nad swoim małym, czarnym notesem.
– The Penyon Galery on Wisconsin.
– Co to była za specjalna wystawa?
– Amerykańscy artyści, sztuka nowoczesna, no wiecie, zawijasy i plamy grubej farby, coś podobnego robił Jean David w wieku lat trzech, tylko że on nie używał farb. – Uśmiechnął się przelotnie i upiornie, jego głos uwiązł na imieniu jego syna. Podniósł lewą rękę i krótko przycisnął palce do czoła. Z całą pewnością na tej ręce nie było rany po kuli.
Sherlock odczekała chwilę, po czym zapytała:
– Jak się nazywał bar?
– A kto pamięta nazwy barów? Ja na pewno nie. Nigdy wcześniej tam nie byliśmy. Pamiętam, że to było niedaleko galerii.
Sherlock pochyliła się w jego stronę.
– O czym rozmawialiście z żoną, panie Barbeau?
– O niczym szczególnym. Niczym ważnym. Jesteśmy zbyt nieszczęśliwi, żeby cokolwiek robić, oprócz istnienia. Chociaż, jeśli mam być szczery, ponieważ najwyraźniej nie potrafimy sobie pomóc, czasami rozmawiamy o naszym synu, rozmawialiśmy o nim podczas wczorajszego spaceru po parku, o tym, jak bardzo go kochaliśmy, że to nie powinno było się wydarzyć, że to niesprawiedliwe, i to przez groźby takich ludzi jak wy, nasz syn nie żyje. Savich zmarszczył brew.
– Groźby?
Znowu wzruszył ramionami.
– Doszłoby do gróźb, gdyby Jean David przed śmiercią trafił w ręce władz. Zagroziliby, że nas deportują, zablokowaliby nam wszystkie konta bankowe i wtrąciliby go do wiezienia, gdyby odmówił podpisania zeznań, w których przyznaje się do wszystkiego, nawet do rzeczy, o których nie wiedział.
– To tylko pana wyobraźnia, panie Barbeau – powiedziała łagodnie Sherlock. – A fakty są takie, że nic takiego nie miało miejsca. Występki pana syna umarły razem z nim. Wątpię, żeby CIA kiedykolwiek dowiedziała się, jak wiele i co dokładnie pana syn przekazał terrorystom.
– On nie pomagał terrorystom! Może czegoś się od niego dowiedzieli, ale rzecz w tym, że on nie zdawał sobie z tego sprawy…To wszystko wina tej kobiety. Uwiodła go i oszukała.
– Zamilkł i potrząsnął głową. – Jean David był taki młody, niewinny, zanim ona nim zawładnęła. Jean David Barbeau miał dwadzieścia sześć lat, kiedy utonął. Savich i Sherlock milczeli.
– Przynajmniej wczoraj nie padało – powiedział Pierre.
– Okropną tu macie pogodę, po prostu koszmarną.
– Doskonale mówi pan po angielsku, panie Barbeau – zauważyła Sherlock.
– Nie mogło być inaczej. Kiedy mój ojciec przyjeżdżał tu, do Stanów, zawsze ciągnął ze sobą mnie i moją matkę. Pracował dla Amtrak *, więc to oczywiste, że mieszkaliśmy tu długo. Chodziłem do prywatnych amerykańskich szkół, przez dwa lata studiowałem na Harvardzie, potem wróciłem do Francji i tam dokończyłem studia.
– A pana żona?
– Ona też dużo podróżowała ze swoją rodziną. Jest jedną z tych osób, które uczą się języków ot, tak. – Strzelił palcami i spojrzał na nich cierpko. – Mówi pięcioma językami. Pięcioma. Zawsze myślałem, że trzy języki wystarczą, ale pięć? Uważam, że to przesada.
Savich, który mówił tylko po angielsku, powiedział:
– To dlatego Jean David urodził się w New Jersey. Jesteście podróżnikami, tak jak wasi rodzice.
– Jeśli chce pan wiedzieć, odwiedzaliśmy akurat przyjaciół w ich letnim domu w Cape May. Jean David urodził się trzy tygodnie przed czasem i dlatego jest obywatelem amerykańskim. Nie dlatego, że to planowaliśmy czy tego chcieliśmy.
Po tej poważnej zniewadze Sherlock powiedziała:
– Jak się okazało, byłoby lepiej, gdyby Jean David nie urodził się tutaj. CIA byłaby zadowolona, gdyby tak jak jego ojciec wstąpił do francuskiej policji, panie Barbeau.
Jego oddech przyspieszył. Patrzył na Sherlock, jakby chciał ją uderzyć. Nagle gniew zgasł w jego oczach. Nie, pomyślał Savich, to jego oczy zgasły. Przypomniał sobie ukochaną twarz Seana i nie mógł sobie wyobrazić bólu po stracie swojego syna.
– Chcielibyśmy porozmawiać z pana żoną.
Barbeau zaczął protestować, ale po chwili odwrócił się i zawołał:
– Estelle!
Pani Barbeau, od stóp do głów otulona w biały gruby szlafrok, stanęła na końcu korytarza. Włosy miała owinięte w biały ręcznik. Oczywiście wiedziała, że tam byli, dlatego nie weszła dalej.
– Odejdźcie – zawołała. – Jestem nieubrana. Poza tym jest sobota rano. Zostawcie nas w spokoju. Nie mamy wam nic więcej do powiedzenia.
– Wiem, że pani i pani mąż byliście wczoraj w Penyon Galery – zawołała Sherlock. – Jak podobała się pani ta specjalna ekspozycja?
– Była żałosna. Nie widzieliśmy nic, co mogłoby nas zainteresować. Nie czuję się najlepiej. Nie podejdę bliżej, nie chcę was niczym zarazić.
– Pani choroba pojawiła się nader szybko – powiedziała Sherlock. – Ostatniej nocy chodziła pani po mieście.
– Rzeczywiście, pojawiła się szybko. Idźcie sobie.
Savich zbliżył się do Pierre'a, otoczył ramieniem jego prawe ramię i zacisnął dłoń, żeby raz na zawsze sprawdzić, czy to nie jego postrzeliła siostra Louise. Przez gruby materiał nie poczuł bandaża. Pierre nie wyrywał się, ale powoli wyswobodził się. Nawet się nie obruszył. Savich poczuł napięcie jego mięśni. Być może to była powierzchowna rana, pomyślał Savich, jeżeli to Pierre był tym mężczyzną, którego postrzeliła siostra Louise. Dlaczego to wszystko nie mogło być proste?
– Więc nie lubi pani artystów? – zawołała Sherlock.
– Nieszczególnie – odparła Estelle. – Nazywam to komercyjną sieczką, nieciekawą i pozbawioną treści. Odejdźcie. Zostawcie nas w spokoju. Jestem chora.
– Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, pani Barbeau, może dołączy pani do nas w salonie? – zaproponował grzecznie Savich. – Będziemy się streszczać i obiecuję nie zbliżać się do pani na mniej niż metr, więc może się pani nie przejmować aresztowaniem za zarażenie agentów.
Estelle nie udawała uprzejmości. Przyszła i stanęła w drzwiach salonu, ale nie bliżej. Istotnie, nie wyglądała najlepiej. Miała przekrwione oczy i była bardzo blada. Sherlock przyszło do głowy, że ten szlafrok był o wiele za gruby jak na czerwiec.
Czy na taśmach ze szpitala mogła być kobieta?
Estelle powtórzyła to, co powiedział im jej mąż, pewnie dlatego, że słyszała ich rozmowę, pomyślała cynicznie Sherlock.
– Powiecie nam, co się stało? – zapytał w końcu Pierre.
– Ubiegłej nocy, około północy, mężczyzna przebrany za lekarza próbował zabić doktora MacLeana – oznajmił Savich, patrząc Pierre'owi prosto w oczy.
Po chwili milczenia Estelle wzruszyła ramionami.
– Jaka szkoda, że mu się nie udało. – Ach tak. Rozumiem. Myślicie, że to mój mąż próbował zabić tę żałosną namiastkę lekarza? I przyjaciela? Coś wam powiem, to nie on. Byliśmy razem przez całą noc. A teraz proszę wyjść.
Sherlock przyjrzała się prawemu ramieniu Estelle. Pod jej szlafrokiem z łatwością mógł się zmieścić bandaż. Nie, z pewnością na nagraniach widać mężczyznę, ten chód, postawa, z pewnością, ale miał na sobie luźne ubranie. Estelle była prawie tak wysoka jak jej mąż.
Savich chciał wrócić do łóżka i zdrzemnąć się przez kilka godzin albo żeby Sherlock jeszcze raz go uwiodła. W zasadzie jedno i drugie.
Na Wisconsin był niewielki ruch. Savich mocno wcisnął pedał gazu porsche. Westchnął, lekko odpuścił i znowu westchnął.
– Chcesz wiedzieć, o czym myślę?
Dotknęła jego dłoni, poczuła, jak jego palce powoli rozluźniają uścisk.
– Powiedz.
– Ta zawziętość, czy obsesja, jak powiedziałaś. Po prostu nikt, z kim rozmawialiśmy nie wydaje się aż tak zawzięty, tak zdeterminowany do zabicia doktora MacLeana. Może powinniśmy porozmawiać z Lomasem Clapmanem, może on zamordował kilkanaście osób, a doktor MacLean zapomniał o tym.
– Myślę, że nasz zabójca jest tuż obok nas. Coś przeoczyliśmy, dlatego że jesteśmy zmęczeni. To był wyczerpujący tydzień, Dillon. Powinniśmy poświęcić trochę czasu na uporządkowanie wszystkiego, co wiemy, i przeanalizowanie tego.
Savich pomyślał, że żona ma rację.
– Myślę, że dziś wieczorem możemy zaaranżować małe przyjęcie z udziałem ciotki i wujka Rachael i może Stefanosa – powiedziała. – Dzięki temu będziemy mieli okazję z nimi porozmawiać. Myślisz, że przyjmą zaproszenie do starej posiadłości rodzinnej, jeśli Rachael naprawdę ładnie ich poprosi?
Savich roześmiał się.
– Tak, chyba że z zaproszeniem poślemy tam brygadę antyterrorystyczną. A jeśli wezwiemy ich na przesłuchanie, przyjdą z kilkoma prawnikami, odmówią odpowiedzi na pytania i zażądają, żeby ich aresztować albo uwolnić. A po tym próbowaliby pozwać FBI.
– Wtedy chyba potrzebowalibyśmy porządnego dowodu albo z czternastu naocznych świadków – westchnęła Sherlock.
– I tak by nas pozwali. Myślę o innej możliwości spotkania z nimi wszystkimi, specjalnym zaproszeniu, które mogliby zaakceptować. Dam ci znać, jak coś wymyślę.
Telefon komórkowy Savicha głośno zagrał piosenkę Camptown Race. Kiedy się rozłączył, powiedział:
– Pamiętasz Rodericka Lloyda, radosnego prostaka z bronią z warsztatu Roya Boba w Parlow? Ollie mówi, że pójdzie na współpracę. Zezna, że to Perky powiedziała mu, co ma robić.
– Wszystko pięknie – mruknęła Sherlock. – Ale czy on wie, kto wynajął Perky?
– Nie.
– To bardzo sprytnie pomyślane.
– Adwokat Lloyda pomyślał, że Perky go nie wyroluje, bo nie żyje, więc dlaczego nie współpracować? Widok prawnika przy pracy zawsze cieszy moje serce – powiedział Savich.
Uśmiechnęła się szeroko i oparła głowę o zagłówek. Poczuła wiatr we włosach i na twarzy. Spojrzała na męża i powiedziała:
– Jest sobota. Weźmy Seana i chodźmy pograć w futbol do High Banks Park.
– Sean radzi sobie coraz lepiej. – Już nie próbuje wskakiwać nam na plecy. W sumie seks i drzemka mogły poczekać.
– High Banks Park? Czemu nie?