50

Sherlock znalazła doktora dąsającego się w swoim pokoju. Neurolog, doktor Shockley, sprawdzał odruchy MacLeana, mrucząc coś pod nosem. MacLean ignorował go. Zmrużył oczy, kiedy Sherlock weszła do pokoju. Wyglądało na to, że miał zamiar użalać się nad sobą. Doktor Shockley wyprostował się.

– Wszystko w porządku, doktorze MacLean, pomimo emocji – powiedział.

Sherlock przedstawiła się, poczekała, aż wyszedł z sali i przeciągle spojrzała na MacLeana. Zanim zdążył ją zaatakować, Sherlock zwróciła się do niego tak, jak do Astro:

– Niedobry piesek MacLean, bardzo niedobry piesek.

– Niedobry piesek? – powtórzył powoli MacLean. – Niedobry piesek? To nawet zabawne, agentko Sherlock, ale dokładnie o to chodzi. Nie jestem pani cholernym psem. Jeśli chcę rozmawiać z dziennikarzami, FBI nie ma nic do gadania. To jest tylko rozmowa, krótka rozmowa z inną czującą istotą ludzką, on jest dziennikarzem, a ja byłem gotów wszystko powiedzieć.

– Hej, to też było całkiem zabawne. Skończyłeś? – Kiedy chciał mówić dalej, Sherlock uciszyła go ruchem dłoni. – Rozumiem cię, Timothy, naprawdę rozumiem. Ale musisz mi uwierzyć – to był błąd. Złamałeś tajemnicę lekarską, opowiadając o tym dziennikarzowi. Postaraj się zastanowić nad tym przez chwilę. Właśnie dlatego ktoś próbuje cię zabić. Rozumiesz, że twoja rozmowa z Jumbo była nie na miejscu?

MacLean wzruszył ramionami. Wyglądał na rozdrażnionego. Należało więc przyjąć inną taktykę. Sherlock puknęła go w ramię.

– Słyszałam, że twoja żona mocno zdenerwowała się tym, co wydarzyło się ostatniej nocy. Nie chciała zostawić cię samego.

– Ach, tak. Ta głupia Molly, ciągle się tu kręci, sprawdza mi puls, gałki oczne, ogląda moje cholerne nogi. Mówi, że trzeba mi przyciąć paznokcie u stóp. Nie zasługuję na to, nic nie zrobiłem, no prawie nic, przynajmniej nic istotnego.

– Kazał jej pan znaleźć kochanka, bo uważa pan, że jest odrażająca. Wzruszył ramionami.

– No cóż, faktem jest, że dziwnie pachnie Spadaj na drzewo, pomyślała Sherlock.

– Ona cię kocha.

Bardzo długo milczał, po czym odparł:

– Nie, nie kocha.

– Co masz na myśli?

MacLean położył głowę na poduszce i zamknął oczy.

– Kiedy dowiedziała się, co się dzieje z ludźmi cierpiącymi na tę chorobę, prawie mnie zostawiła. Wszyscy uważają, że taka z niej święta, bo sterczy tu nade mną, ale ja znam prawdę. Wiem, że wyprowadziła wszystkie pieniądze z naszych wspólnych kont bankowych. Wiem, że ma kochanka. Problem w tym, że nie bardzo może zostawić mnie w tym podłym stanie, tak? – Zamilkł i wzruszył ramionami. – Za tym nie stoi Pierre ani Dolores. Nie. To Molly próbuje mnie zabić.

– To największa bzdura, jaką kiedykolwiek od ciebie usłyszałam, Tim, i wiesz o tym. I Bóg mi świadkiem, że usłyszałam już od ciebie dość kłamstw!

Molly MacLean stała w drzwiach z rękami założonymi na biodra. Jej twarz była purpurowa ze złości.

– Pani MacLean – powiedziała Sherlock, uśmiechając się do niej. – Wyjdzie pani ze mną na chwilkę?

– Jeśli zostanę w jednym pokoju z tym… osobnikiem, mogę go zabić! – krzyknęła Molly i pogroziła mężowi pięścią.

– Wychodzimy, agentko Sherlock. Proszę mnie stąd zabrać, bo nie ręczę za siebie.

Savich znalazł Sherlock i płaczącą Molly w pokoju pielęgniarek. Sherlock spojrzała na niego.

– Cześć, Dillon. Myślę, że powinniśmy spojrzeć na sprawy z innej perspektywy. Prawda, pani MacLean? Molly przetarła oczy.

– Tak, jeszcze raz zebrałam wszystko do kupy. Tak łatwo można zapomnieć, że on nie zdaje sobie sprawy z tego, co mówi, i nie pojmuje, jak jego słowa mogą ranić. A kiedy usłyszałam, w jaki sposób mówi o mnie do pani… przepraszam. O Boże, jest taki chory, tak niepodobny do siebie. Czasami nie mogę tego znieść. – Molly zasłoniła twarz dłońmi i zaszlochała.

Sherlock wstała i przytuliła ją, szepcząc jej do ucha, że to nonsens. To ją uspokoiło. Molly uwolniła się z objęć Sherlock, wytarła nos i oczy.

– Przepraszam za moje zachowanie. Zamoczyłam pani bluzkę. Przez tę sytuację jestem nieszczęśliwa, ale wiem i rozumiem, że on nie może nic na to poradzić.

– Trzyma się pani nadzwyczaj dobrze, zważywszy na okoliczności, pani MacLean – powiedział Savich i naprawdę tak myślał.

– Z jakichś powodów doktor MacLean był dziś zdenerwowany – zauważyła Sherlock. – Zadzwonił do dziennikarza i zaatakował panią słownie, prawdopodobnie dlatego, że ja i Dillon popsuliśmy mu zabawę. Przykro nam. – Sherlock uścisnęła Molly. – Robi pani wszystko, co tylko może.

Westchnęła i podeszła do okna. Objęła się za ramiona.

– Tak, robię, co mogę. Biedny Tim, znalazł się w potrzasku, i przez większość czasu nawet nie orientuje się, co się z nim dzieje. Rozmawiałam z jego lekarzem w Duke, zobaczcie, co mi dali. To naprawdę nie jest nic przyjemnego. Trzydzieści minut później, kiedy Savich wyjeżdżał swoim porsche ze szpitalnego parkingu, powiedział.

– Jumbo Hardy zgodził się trzymać to w tajemnicy. Natychmiast zamieści oświadczenie Rachael w Washington Post.

– Co mu obiecałeś? Uśmiechnął się do niej.

– Bardzo szybko oprzytomniał, kiedy wyjaśniłem mu, na co choruje Timothy. Wiedział również, że nie ma źródła, które mógł zacytować. Jednakże obiecałem mu wyłączność, za zgodą FBI, oczywiście, kiedy złapiemy tego, kto próbował zabić Timothy'ego.

– Zabrałam telefon z pokoju Timothy'ego. Od teraz będzie musiał poprosić pielęgniarkę, żeby wybrała za niego numer. Pielęgniarki będą musiały być czujne.

– Chcesz powiedzieć kongresmence McManus, że ledwie udało jej się uciec spod topora? – zapytał Savich.

– Jest szansa, że ci podziękuje – pogładziła go po ramieniu. – To niedługo się skończy, Dillon, obie sprawy. Ale mam na ten temat własne teorie i chcę je sprawdzić.

– Chcesz się nimi podzielić? Przecząco pokręciła głową.

Загрузка...