– Jest coś, czego nie rozumiem – powiedziała Rachael.
– Kiedy włamaliście się do mojego domu, nie weszliście tam, żeby mnie zabić, prawda? To znaczy, nie mieliście żadnego powodu. Dużo ryzykowaliście.
– Musieliśmy zamienić testament, który spisał senator i o którym ci powiedział, na naszą wersję – wyjaśnił Stefanos.
– Byliśmy przekonani, że na zawsze spoczęłaś na dnie jeziora Black Rock, sprawa byłaby wtedy o wiele prostsza. Fałszywy testament znalazł się na swoim miejscu, bez wzmianki o tobie. Resztę już wiesz. Musieliśmy ratować, co mogliśmy. Chroniliśmy siebie. Ale nie udało się, prawda? Po jaką cholerę krzyczałaś? Byłem daleko od ciebie.
– Bo przez was miałam koszmarne sny – odparła Rachael.
Sznury puściły. Nadgarstki Sherlock bolały, ręce były zdrętwiałe. Nie patrzyła na Rachael. Wszystko zależało od niej, tylko od niej.
– Dobra, koniec gadania – uciął Stefanos. – Quincy, kończmy to. Zabieramy je do samochodu. Nie ruszaj się, agentko, albo zginiesz na miejscu.
I podniósł swoją trzydziestkę ósemkę. Kiedy schylił się, żeby schwycić Sherlock za stopy, mocno go kopnęła w klatkę piersiową.
Nie mógł krzyknąć, stracił oddech. Przewrócił się do tyłu, trzymając się za tors, a trzydziestka ósemka wypadła mu z dłoni. Sherlock otworzyła swój szwajcarski scyzoryk i jednym ruchem przecięła sznury na kostkach.
Słyszała, jak trzydziestka ósemka pada na dywan, ale nie wiedziała, gdzie leży. Było mało czasu. Quincy rzucił się na nią, krzycząc, bijąc i ściskając ją za szyje. Uderzyła go ręką w grdykę. Upadł, dławiąc się i trzymając się kurczowo za gardło. Sherlock przetoczyła się do Rachael, przecięła sznur na jej kostkach, a potem na nadgarstkach. Laurel zaczęła uciekać, ale Sherlock nie mogła pozwolić jej uciec.
– Dość już tego.
Rachael w końcu była wolna. Obie spojrzały na Laurel trzymającą pistolet Stefanosa.
– Uciekaj stad! Juz! – krzyknęła Sherlock do Rachael, pochyliła się do przodu i rzuciła nożem w Laurel. Nóż wbił się głęboko w ramię kobiety, która zaczęła krzyczeć.
– Ty suko. – Łzy spłynęły jej po policzku jak krew po piersi. Laurel wydała dziki okrzyk i pociągnęła za spust.
Sherlock poczuła ostre ukłucie kuli. Pragnęła wyciągnąć nóż z ramienia Laurel i wbić go w jej złe serce. Ale wiedziała że nie może tego zrobić. Patrząc na Laurel, przewróciła się na bok. Czy to Rachael krzyczy? Na Laurel?
– Ty przeklęta dziwko! Zrobię to samo z tobą słyszysz mnie? – W oddali usłyszała trzaśniecie drzwiami, szybkie kroki, odgłosy walki i krzyk Rachael. – Mam pistolet! Quincy, Stefanos, nie ruszajcie się! Nie, obaj na podłogę, twarzą do ziemi! Dranie, zamordowaliście mojego ojca!
Choć nie mogła się ruszać, Sherlock słyszała męski głos, potem krzyk Quincy'ego.
Sherlock uśmiechnęła się. Jeden z męskich głosów to był głos Dillona. Nie spieszył się, ale w końcu przyjechał. Nareszcie tu był. Usłyszała krzyk Rachael, i cichy głos Dillona, był tuż przy niej. Teraz juz wszystko będzie dobrze. Nagle zrobiło jej się zimno, ale to było nieistotne. Dillon się wszystkim zajmie. Zamknęła oczy i pozwoliła się wyłączyć swojemu umysłowi.
Savich lekko pogładził palcami jej dłoń. Szkoda, że jej piękna ręka była bezwładna, a skóra sucha. Na szczęście posmarował jej dłonie kremem i skóra na nich stała się miękka.
Minęły już dwa dni, dwa długie dni, odkąd ta wariatka cię postrzeliła. Dwa dni, ale przynajmniej żyjesz. Modliłem się tak bardzo, że na pewno Bóg już ma mnie dość. Wiesz, jak niewiele brakowało, żeby Laurel cię zabiła? Jack tak mocno ściskał ci bok, że nadal masz siniaki.
Savich podniósł wzrok i w drzwiach szpitalnej sali zobaczył pana Maitlanda.
– Bardzo ją bolało, więc podali jej więcej morfiny – powiedział Savich. – Teraz odpoczywa. Zanim zasnęła, zapytała mnie, czy udało jej się zranić Stefanosa w żebra. Powiedziałem jej, że cała trójka trafiła do aresztu i że on bardzo cierpiał. Narzekała, że swoim szwajcarskim scyzorykiem nie trafiła dokładnie w cel – to małe cudo, jest stworzony do rzucania. Powiedziałem jej, że Laurel też nie czuje się zbyt dobrze, jej stanu dodatkowo nie polepsza fakt, że stanie przed sądem i wszystko straci.
Potem powiedziała, że właściwie może żyć bez śledziony. Zgodziłem się z nią. W końcu, czym jest śledziona w obliczu wszystkich problemów tego świata? Zanim zdążyła się roześmiać, zasnęła.
– Brady Cullifer siedzi w swojej milusiej celi ubrany w elegancki pomarańczowy strój – powiedział Maitland po chwili. – Chce pójść na współpracę, gotowy i chętny opowiedzieć o wszystkim, co zrobili Quincy, Stefanos i Laurel, bo twierdzi, że nigdy nikogo nie zabił. Prokuratorzy – szczególnie Dicky – chcą porządnie go wymaglować, zanim coś mu zaproponują.
Savich westchnął i powiedział:
– Po tej strzelaninie, którą mieliśmy w księgarni Barnes & Noble w Georgetown, Sherlock była na mnie bardzo zła, bo mało brakowało, a Perky mogła mnie zabić. Żeby ratować moje małżeństwo, dałem jej się pokonać na sali gimnastycznej. A teraz, proszę na nią spojrzeć. Leży na łóżku, bez śledziony, a ja jestem załamany.
– Już po wszystkim, nikt nie umarł, a wszyscy twoi agenci uwijają się, żeby nadrobić wasze śledztwa. Kontrolerzy przejrzeli księgi rachunkowe Abbottów. Powinieneś zobaczyć, co znaleźliśmy.
Savich pomyślał o tym przez chwilę, po czym powiedział:
– Jest coś, co powinien pan wiedzieć o senatorze Abbotcie – i opowiedział ze szczegółami o zajściu sprzed osiemnastu miesięcy.
– Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś, Savich – westchnął Maitland. – Nikt z nas tego nie chce, ale to i tak prędzej czy później się wyda podczas procesu. Przykro mi z powodu tego wszystkiego.
Rozległo się ciche pukanie do drzwi. Pielęgniarka zajrzała do środka.
– Agencie Savich? Pańska teściowa błagała mnie, bym pana stąd wyciągnęła, żeby ona mogła tutaj przyjść i zobaczyć córkę.
Savich pocałował Sherlock w usta, wyprostował się i powiedział:
– No dobra, dam jej pięć minut. Pielęgniarka uśmiechnęła się.
– Wszyscy tutaj są – rzekł Maitland. – Twoja matka, syn, siostra i teściowie z San Francisco i połowa jednostki. Zastanawiam się, kiedy przyjdzie dyrektor Mueller. Mamy tu nawet jakieś media. Nie martw się, poradzimy sobie z nimi, kiedy przyjdzie czas.
Maitland położył swoją wielką dłoń na ramieniu Savicha.
– Kiedy Sherlock się obudzi, powinieneś przyprowadzić do niej Seana. Jest przerażony, ale dobrze się trzyma.
Jeszcze raz spojrzał na Sherlock. Jej błyszczące, rude włosy były rozrzucone na białej poduszce, ale jej twarz nadal była blada, zbyt blada.
Zastanawiał się, kiedy ma powiedzieć Sherlock, że terier Seana pogryzł jej najlepszą i najdroższą, właściwie jedyną parę szpilek, tę, którą miała na sobie podczas przyjęcia w Jefferson Club.