Rozdział 11

Hiszpania. Wysłałem Davida do Hiszpanii. Te słowa zapiekły ją do żywego.

– David jest w Hiszpanii? – Susan nie mogła w to uwierzyć. – Wysłał go pan do Hiszpanii? Po co? – dodała z wyraźnym gniewem.

Strathmore był zaskoczony. Nie przywykł, by ktoś na niego krzyczał, nawet główny kryptolog. Spojrzał na Susan. Była spięta jak tygrysica broniąca swoje małe.

– Susan – powiedział – przecież rozmawiałaś z nim, prawda? Chyba David ci wszystko wyjaśnił?

Była zbyt zszokowana, by coś odpowiedzieć. Hiszpania? A więc to z tego powodu David przełożył wyjazd do Stone Manor?

– Dziś rano posłałem po niego samochód. Mówił, że przed wyjściem zadzwoni do ciebie. Bardzo przepraszam. Myślałem, że…

– Ale dlaczego posłał go pan do Hiszpanii?

Strathmore spojrzał na nią tak, jakby to było oczywiste.

– Po drugi klucz.

– Jaki drugi klucz?

– Po kopię, którą miał Tankado.

– O czym pan mówi? – Susan nic z tego nie rozumiała.

– Tankado z pewnością miał przy sobie kopię klucza. – Strathmore westchnął ze znużeniem, wyraźnie zdziwiony, że musi to wyjaśnić. – Do diabła, nie mogłem przecież pozwolić, by ten klucz poniewierał się gdzieś w kostnicy.

– I dlatego posłał pan Davida Beckera? – Susan prawie oniemiała. To był jakiś absurd. – Przecież David nie jest nawet pana pracownikiem!

Strathmore się zirytował. Nikt jeszcze nie odzywał się w ten sposób do zastępcy dyrektora NSA.

– Susan – odrzekł, starając się, trzymać nerwy na wodzy. – Przecież właśnie o to chodzi. Potrzebowałem…

– Ma pan do dyspozycji dwadzieścia tysięcy ludzi! – zaatakowała tygrysica. – Kto panu dał prawo wysyłać tam mojego narzeczonego?

– Potrzebowałem cywilnego kuriera, kogoś zupełnie niezwiązanego z agencją. Gdybym skorzystał z normalnych kanałów i ktoś by się dowiedział…

– A David Becker jest jedynym cywilem, którego pan zna?

– Nie! David Becker nie jest jedynym cywilem, którego znam! Ale dziś o szóstej rano musiałem się szybko zdecydować. David zna hiszpański, jest bystry, mam do niego zaufanie i uważałem, że wyrządzam mu przysługę!

– Przysługę? – prychnęła Susan. – Wysłanie go do Hiszpanii to przysługa?!

– Tak! Płacę mu dziesięć tysięcy dolarów za jeden dzień pracy. Zabierze rzeczy Tankada i wróci do domu. To jest przysługa!

Susan zamilkła. Zrozumiała, że znowu chodziło o pieniądze.

Przypomniała sobie, jak pięć miesięcy wcześniej, wieczorem, w domu Davida rozmawiali o propozycji rektora Georgetown University, który zaoferował Davidowi awans na stanowisko dziekana wydziału. Rektor ostrzegł go, że będzie mniej wykładał i będzie musiał zajmować się sprawami administracyjnymi, ale awans oznaczał również znaczną podwyżkę. Susan miała wówczas ochotę krzyczeć: David, nie rób tego! Będziesz nieszczęśliwy. Mamy dość pieniędzy – co za różnica, kto je zarabia? Nie była jednak u siebie. W końcu zgodziła się z jego decyzją o przyjęciu propozycji. Gdy tamtej nocy zasypiali, Susan starała się cieszyć z jego awansu, ale wewnętrzny głos podpowiadał jej, że to się skończy katastrofą. Miała rację… i wcale nie była z tego zadowolona.

– Zapłacił mu pan dziesięć tysięcy dolarów?! – krzyknęła. – To brudny trik!

– Trik? – zezłościł się Strathmore. – To nie był żaden cholerny trik. Nawet mu nie powiedziałem o pieniądzach. Poprosiłem go o osobistą przysługę. Zgodził się polecieć.

– Oczywiście, że się zgodził! Jest pan moim szefem. Jest pan zastępcą dyrektora NSA! Nie mógł odmówić!

– Masz rację – prychnął Strathmore. – Właśnie dlatego do niego zadzwoniłem. Nie miałem tego luksusu, by móc…

– Czy dyrektor wie, że posłał pan cywila?

– Susan – odrzekł Strathmore, który najwyraźniej tracił już cierpliwość. – Dyrektor nic jeszcze nie wie.

Susan patrzyła na niego z niedowierzaniem. Miała wrażenie, że rozmawia z kimś obcym. Strathmore wysłał jej narzeczonego – profesora – powierzając mu zadanie wywiadowcze, i nie zawiadomił dyrektora o największym kryzysie w historii agencji.

– Leland Fontaine nie został powiadomiony?

– Susan, teraz ty posłuchaj! – wybuchnął Strathmore. Miał już tego dość. – Wezwałem cię, bo potrzebowałem kogoś do pomocy, a nie inspektora nadzoru. Wczoraj wieczorem wczytałem plik Tankada i siedziałem tu przez całą noc przy drukarce, modląc się, by TRANSLATOR go rozszyfrował. O świcie zrezygnowałem z dumy i zadzwoniłem do dyrektora. Mogę ci powiedzieć, że o niczym tak nie marzyłem, jak o takiej rozmowie. Dzień dobry, panie dyrektorze. Przykro mi, że pana obudziłem. Dlaczego dzwonię? Właśnie się przekonałem, że TRANSLATOR nadaje się do muzeum, i to z powodu jednego algorytmu, którego nie potrafili napisać wszyscy moi najlepsi kryptolodzy, choć im płacimy niebotyczne pensje! – Strathmore walnął pięścią w blat biurka.

Susan skamieniała. W ciągu dziesięciu lat pracy widziała tylko parę razy, jak komandor przestał nad sobą panować, i nigdy nie stało się to z jej powodu.

Przez dziesięć sekund oboje milczeli. Wreszcie Strathmore znów usiadł na fotelu. Susan słyszała, że szef stopniowo odzyskuje normalny oddech. Gdy się wreszcie odezwał, mówił niezwykle spokojnie.

– Niestety, ta rozmowa się nie odbyła, ponieważ dyrektor jest w Kolumbii, gdzie ma spotkanie z prezydentem. Dopóki Fontaine jest w Ameryce Południowej, nie może zrobić absolutnie nic, miałem zatem do wyboru dwie możliwości. Albo zażądać, by odwołał spotkanie i natychmiast wrócił, albo zająć się tą sprawą sam. – Znów przez dłuższą chwilę w pokoju panowała cisza. W końcu Strathmore uniósł głowę. Gdy popatrzył Susan w oczy, jego spojrzenie natychmiast złagodniało. – Susan, bardzo przepraszam. Jestem zmęczony. To prawdziwy koszmar. Wiem, że denerwujesz się z powodu Davida. Nie chciałem, żebyś dowiedziała się w ten sposób. Myślałem, że wiesz.

– Ja również zareagowałam zbyt nerwowo. Przepraszam. – Susan poczuła się winna. – To był dobry wybór.

– Wróci dziś wieczorem – zapewnił ją Strathmore.

Susan pomyślała o wszystkim, co ma na głowie komandor – nadzór nad TRANSLATOREM, niezliczone spotkania, niekończące się godziny pracy. W Krypto krążyły plotki, że po trzydziestu latach małżeństwa żona Strathmore’a postanowiła go rzucić. Teraz do tego wszystkiego doszła jeszcze Cyfrowa Twierdza – najpoważniejszy kryzys w historii NSA – a Strathmore musiał radzić sobie w pojedynkę. Nic dziwnego, że wyglądał, jakby miał już dość.

– Biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności – powiedziała wreszcie – sądzę, że powinien pan zawiadomić dyrektora.

Strathmore pokręcił głową. Kropla potu skapnęła na biurko.

– Nie zamierzam narażać bezpieczeństwa dyrektora i ryzykować, że nastąpi przeciek, nawiązując z nim kontakt w sprawie kryzysu, gdy on nie może nic zrobić.

Susan wiedziała, że komandor ma rację. Nawet w takich chwilach Strathmore potrafił jasno myśleć.

– Czy zastanawiał się pan nad powiadomieniem prezydenta?

– Owszem – przytaknął Strathmore. – Postanowiłem tego nie robić.

Susan sama się tego domyśliła. Kierownictwo NSA ma prawo podejmować decyzje w nagłych sytuacjach dotyczących wywiadu bez porozumienia z władzami wykonawczymi. NSA jest jedyną amerykańską agencją wywiadowczą, która nie musi się tłumaczyć z podjętych działań. Strathmore często korzystał z tego prawa; wolał czynić cuda, nie informując o tym innych.

– Komandorze – powiedziała – to zbyt poważna sprawa, by brał ją pan na siebie. Musi pan zawiadomić prezydenta.

– Susan, istnienie Cyfrowej Twierdzy ma zasadnicze znaczenie dla przyszłości tej agencji. Nie zamierzam informować o niczym prezydenta za plecami dyrektora. Mamy kryzys i ja się nim zajmuję. – Strathmore przyjrzał jej się uważnie i uśmiechnął ze znużeniem. – W końcu to ja jestem zastępcą dyrektora do spraw operacyjnych. Poza tym nie jestem sam. Mam w drużynie Susan Fletcher.

Pomyślała, że właśnie dlatego tak go szanuje. Przez dziesięć lat, w różnych trudnych sytuacjach, Trevor Strathmore wskazywał jej właściwą drogę. Jasno i bez wahań. Zawsze zdumiewało ją jego zaangażowanie – niezachwiana wiara w słuszność zasad, przywiązanie do kraju i ideałów. Niezależnie od tego, co się działo, komandor Trevor Strathmore był dla niej latarnią wskazującą drogę.

– Grasz w mojej drużynie, prawda? – spytał.

– Tak, proszę pana – uśmiechnęła się. – Na sto procent.

– Dobra. Czy teraz możemy wrócić do pracy?

Загрузка...