Rozdział 95

Krew Chrystusa… naczynie zbawienia.

Wokół bezwładnego ciała w stallach skuliło się sporo ludzi. Ponad nimi spokojnie krążyła kadzielnica. Hulohot przeciskał się pośpiesznie w kierunku ołtarza i rozglądał się po całej katedrze. Musi tu być!

Trzydzieści rzędów dalej, przy ołtarzu, kolejne osoby uroczyście przyjmowały komunię. Ojciec Gustaphes Herrera, trzymając w dłoni kielich, spojrzał z zaciekawieniem w stronę nawy głównej, gdzie najwyraźniej coś się stało. Nie czuł niepokoju; zdarzało się niekiedy, że pod wpływem religijnego wzruszenia starsi ludzie mdleli. Zazwyczaj wystarczało wynieść ich na świeże powietrze, by odzyskali przytomność.

Hulohot gorączko poszukiwał Beckera. Nigdzie go nie mógł dostrzec. Przed ołtarzem klęczało około stu osób, oczekując na komunię. Hulohot zastanawiał się, czy jest wśród nich również Becker. Gotów był strzelić nawet z odległości pięćdziesięciu metrów i podbiec do ciała.


El cuerpo de Jesus, el pan del cielo.

Młody ksiądz, który udzielił Beckerowi komunii, spojrzał na niego z dezaprobatą. Mógł zrozumieć, że ten człowiek pragnie jak najszybciej przyjąć eucharystię, ale to nie mogło usprawiedliwić przepychania się w kolejce.

Becker skłonił głowę i wziął do ust opłatek. Ludzie dookoła już przetykali wino żegnali się i wstawali. Powoli! Beckerowi nie śpieszyło się z odejściem od ołtarza. Gdy jednak na komunię czekało dwa tysiące wiernych, a było tylko ośmiu księży, to z pewnością nie wypadało trwać w zadumie nad łykiem wina.

Hulohot dostrzegł spodnie khaki, nie pasujące do czarnej kurtki, w chwili gdy ksiądz z kielichem stał już przy sąsiedzie Beckera. „Estás y muerto – syknął. – Już nie żyjesz”. Zbliżył się do ołtarza. Pora na subtelności minęła. Hulohot chciał strzelić dwa razy w plecy, zabrać pierścień i uciec. Największy postój taksówek w Sewilli znajdował się o jedną przecznicę od placu, przy Mateus Gago. Sięgnął po pistolet.

Adiós, seňor Becker…


La sangre de Cristo, la copa de la salvación.

Gdy ojciec Herrera pochylił w jego stronę ręcznie polerowany srebrny kielich, Becker poczuł w nosie mocny zapach czerwonego wina. Trochę za wcześnie na alkohol, pomyślał, pochylając głowę. Kielich znalazł się na poziomie jego oczu. W zakrzywionej powierzchni mignął mu niewyraźny obraz szybko zbliżającej się postaci.

Becker zauważył metaliczny błysk – to światło z witraży odbiło się od wyciągniętego pistoletu. Instynktownie, bez udziału świadomości, rzucił się naprzód jak sprinter wyskakujący z bloków. Ksiądz upadł na plecy i z przerażeniem patrzył, jak kielich zatacza łuk w powietrzu, a czerwone wino rozpryskuje się na białym marmurze. Księża i ministranci rozproszyli się na boki, gdy Becker przeskoczył nad balustradą. Tłumik osłabił huk strzału. Becker wylądował na płask, a pocisk uderzył w marmurową posadzkę tuż za nim. Chwilę później zbiegł po granitowych stopniach do wąskiego przejścia dla księży, które pozwalało im ukazać się wysoko na ołtarzu, tak jakby uniosła ich tam łaska boża.

U podnóża schodów Becker potknął się i stracił równowagę. Przejechał kilka metrów po wyślizganych kamieniach. Gdy wylądował na boku, poczuł w brzuchu ukłucie bólu. Chwilę później wybiegł przez zasłonięte kotarą drzwi i trafił na drewniane schody. Zbiegł w dół.

Przezwyciężając ból, Becker popędził przez szatnię. Było ciemno. Słyszał krzyki od strony ołtarza i głośne kroki. Zauważył kolejne drzwi. Teraz znalazł się w pomieszczeniu, ozdobionym orientalnymi kobiercami i mahoniową boazerią. Na przeciwległej ścianie wisiał krucyfiks naturalnej wielkości. Becker zatrzymał się. Nie miał dokąd uciekać. Słyszał kroki szybko zbliżającego się Hulohota. Spojrzał na krucyfiks i przeklął swój pech.

– Niech to diabli! – krzyknął.

Nagle po lewej stronie rozległ się brzęk tłuczonego szkła. David odwrócił się. Jakiś człowiek w czerwonych szatach patrzył na niego z otwartymi ustami, całkowicie zaskoczony. Niczym kot przyłapany z kanarkiem, duchowny wytarł usta i starał się ukryć rozbitą butelkę wina mszalnego, która leżała na podłodze u jego stóp.

Salida!krzyknął Becker. – Salida! Proszę mnie wypuścić.

Kardynał Guerra zareagował zupełnie instynktownie. Jakiś demon nawiedził jego święte pokoje i domagał się wypuszczenia z domu bożego. Guerra gotów był spełnić jego życzenie, i to natychmiast. Demon pojawił się w zupełnie nieodpowiednim momencie.

Kardynał wskazał na kotarę po lewej stronie, za którą były ukryte drzwi. Kazał je przebić przed trzema laty; prowadziły prosto na dziedziniec. Miał już dość wychodzenia z kościoła frontowymi drzwiami, tak jak zwykli grzesznicy.

Загрузка...