Chad Brinkerhoff, dziarski czterdziestopięciolatek, był dobrze ubrany, dobrze wypielęgnowany i dobrze poinformowany. Na jego letnim garniturze, podobnie jak na opalonej skórze, nie widać było nawet najmniejszej zmarszczki. Miał gęste włosy koloru piasku, a co najważniejsze – były jego własne. Natomiast błękit oczu podkreślały zabarwione soczewki kontaktowe.
Brinkerhoff rozejrzał się po swoim gabinecie ozdobionym boazerią. Wiedział, że awansował w NSA tak wysoko, jak tylko mógł. Pracował na dziewiątym piętrze, tak zwanym Mahoniowym. Gabinet 9A197. Tu urzędowali dyrektorzy NSA.
Był sobotni wieczór i na Mahoniowym Piętrze nikt nie pracował. Wszyscy oddawali się typowym rozrywkom wpływowych ludzi. Brinkerhoff zawsze marzył o awansie na stanowisko związane z „rzeczywistą” władzą w agencji, ale skończył jako „osobisty asystent” – w ślepej uliczce wyścigu szczurów. To, że pracował u boku najpotężniejszego człowieka w amerykańskim wywiadzie, nie było dla niego pocieszeniem. Brinkerhoff skończył z wyróżnieniem studia w Andovers i Williams, a mimo to, choć był już w średnim wieku, nie miał żadnej prawdziwej władzy. Zajmował się układaniem kalendarza zajęć swego szefa.
Ze stanowiskiem osobistego asystenta dyrektora łączyły się pewne przywileje – Brinkerhoff miał luksusowy gabinet na Mahoniowym Piętrze, miał dostęp do wszystkich wydziałów NSA i cieszył się pewnym szacunkiem, z uwagi na towarzystwo, w jakim przebywał. Wykonywał polecenia ludzi na najwyższym poziomie władzy. W głębi serca Brinkerhoff wiedział, że był z urodzenia osobistym asystentem – dość inteligentnym, by robić notatki, dość przystojnym, by występować na konferencjach prasowych, i dostatecznie leniwym, by tym się zadowolić. Słodki dźwięk zegara zaznaczył koniec kolejnego dnia tej żałosnej egzystencji. Gówno, zaklął w myślach Brinkerhoff. Już piąta, sobota. Do diabła, co ja tu robię?
– Chad? – w drzwiach jego gabinetu pojawiła się kobieta. Brinkerhoff uniósł głowę. To była Midge Milken, asystentka Fontaine’a do spraw bezpieczeństwa wewnętrznego. Miała sześćdziesiąt lat, nieco przy kości, ale – ku zdumieniu Brinkerhoffa – wciąż była bardzo pociągająca. Skończona flirciara i trzykrotna rozwódka, Midge krążyła po Mahoniowym Piętrze z pełną swobodą i pewnością siebie. Była inteligentna, miała intuicję, spędzała w pracy długie godziny i podobno wiedziała więcej o wewnętrznych sprawach NSA niż sam Bóg.
Cholera, pomyślał Brinkerhoff, przyglądając się Midge, ubranej w szarą suknię z kaszmiru. Albo ja się starzeje, albo ona robi się coraz młodsza.
– Tygodniowe sprawozdanie – uśmiechnęła się, wymachując plikiem dokumentów. – Masz sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
– Stąd widzę, że wyglądasz w porządku – odpowiedział, demonstracyjnie jej się przyglądając.
– Doprawdy, Chad – zaśmiała się Midge. – Mogłabym być twoją matką.
Nie musisz mi przypominać, pomyślał.
Midge podeszła do jego biurka.
– Ja już wychodzę. Dyrektor chce mieć gotowe sprawozdanie, gdy wróci z Ameryki Południowej. To znaczy, w poniedziałek wcześnie rano. – Midge rzuciła papiery na jego biurko.
– Czy ja jestem księgowym?
– Nie, skarbie, kierownikiem biura turystycznego. Myślałam, że wiesz.
– Dlaczego zatem mam się zajmować rachunkami?
– Chciałeś mieć większą odpowiedzialność – powiedziała, przesuwając dłonią po jego głowie. – Proszę bardzo.
– Midge… – Chad spojrzał na nią ze smutkiem. – Ja… nie mam niczego w życiu.
– To jest twoje życie, Chadzie Brinkerhoffie – Milken stuknęła palcem w dokumenty. Spojrzała na niego i nieco zmiękła. – Czy przed wyjściem mogę coś dla ciebie zrobić?
– Bolą mnie plecy – powiedział błagalnie i pokręcił głową.
– Weź aspirynę. – Midge nie chwyciła przynęty.
– Nie pomasujesz mnie? – spytał z żalem.
– Według „Cosmopolitan” masaż w dwóch trzecich przypadków kończy się seksem – pokręciła głową.
– To nas nie dotyczy! – oburzył się Brinkerhoff.
– Właśnie – puściła do niego oko. – I na tym polega problem.
– Midge…
– Dobranoc, Chad. – Skierowała się do drzwi.
– Wychodzisz?
– Wiesz, że zostałabym – odpowiedziała, zatrzymując się w progu – ale mam trochę dumy. Nie będę grała drugich skrzypiec, zwłaszcza że pierwsza partia przypadła jakiejś nastolatce.
– Moja żona nie jest nastolatką – odparł Brinkerhoff. – Tylko tak się zachowuje.
– Nie mówię o twojej żonie. – Midge udała zdziwienie. Zrobiła niewinną minę. – Mówię o Carmen. – Wymówiła to imię z mocnym, portorykańskim akcentem.
– O kim? – nieco niepewnie spytał Chad.
– Carmen, nie pamiętasz? Z kantyny?
Brinkerhoff poczuł, że się czerwieni. Carmen Huerta była dwudziestosiedmioletnią cukierniczką z kantyny NSA. Brinkerhoff spędził z nią wiele przyjemnych chwil w magazynie.
– Pamiętaj, Chad – Midge uśmiechnęła się złośliwie – Wielki Brat wie wszystko.
Wielki Brat? Brinkerhoff nie mógł w to uwierzyć. Wielki Brat obserwuje również MAGAZYNY?
Wielki Brat lub – jak zwykle mówiła Midge – „Brat” to system Centrex 333, ulokowany w niewielkim, zamkniętym pomieszczeniu na Mahoniowym Piętrze, niedaleko gabinetu dyrektora. Tam spływały dane ze stu czterdziestu ośmiu kamer telewizyjnych, trzystu dziewięćdziesięciu dziewięciorga elektronicznych drzwi, trzystu siedemdziesięciu siedmiu podsłuchów telefonicznych i dwustu dwunastu mikrofonów rozmieszczonych w budynku NSA.
Dyrektorzy agencji dobrze wiedzieli, że dwadzieścia sześć tysięcy pracowników to nie tylko wielka siła, ale i wielkie zagrożenie. Wszystkie przypadki naruszenia bezpieczeństwa NSA były spowodowane przez jej własnych pracowników. Zadanie Midge polegało na śledzeniu tego, co działo się w murach agencji… najwyraźniej również w magazynie kantyny.
Brinkerhoff wstał, chciał się bronić, ale Midge już wychodziła.
– Trzymaj ręce nad biurkiem! – krzyknęła jeszcze przez ramię. – Tylko żadnych zabaw, jak mnie nie będzie. Ściany mają oczy!
Brinkerhoff usiadł i słuchał coraz cichszego stukania obcasów. Wiedział przynajmniej, że Midge nikomu nie powie. Ona również miała swoje słabości – takie jak wzajemne masowanie się z Chadem.
Pomyślał o Carmen. Wyobraził sobie jej zgrabne ciało, ciemne uda, radio grające na pełny regulator – gorąca salsa z San Juan. Uśmiechnął się do siebie. Jak skończę, może wpadnę coś przekąsić.
Otworzył pierwszy wydruk.
KRYPTO-PRODUKCJA/WYDATKI
Humor od razu mu się poprawił. Midge dała mu łatwe zadanie, sprawozdania Krypto były zawsze bułką z masłem. Teoretycznie powinien dokładnie wszystko sprawdzić, ale dyrektor pytał tylko o jedno: ŚKD – średni koszt dekryptażu, czyli ile średnio kosztowało złamanie jednego szyfru za pomocą TRANSLATORA. Jeśli ŚKD był poniżej tysiąca dolarów za szyfr, Fontaine się nie przejmował. Patyk za wiadomość, zachichotał Brinkerhoff. Na to idą nasze podatki.
Gdy zaczął sprawdzać wyniki z kolejnych dni, miał w głowie obraz Carmen smarującej się miodem i lukrem. Po trzydziestu sekundach już niemal skończył – wyniki z Krypto były jak zwykle doskonałe.
Nim sięgnął po następny dokument, coś zwróciło jego uwagę. Na dole ostatniej strony coś wydawało się nie w porządku z ŚKD. Liczba była tak wielka, że nie zmieściła się w kolumnie tabeli. Brinkerhoff patrzył nią zupełnie zaszokowany.
999999999? Z trudem złapał oddech. Miliard dolarów? Natychmiast zapomniał o Carmen. Szyfr za miliard dolarów?
Siedział przez chwilę jak sparaliżowany, po czym pod wpływem paniki wybiegł na korytarz.
– Midge! – krzyknął. – Wróć tutaj!